poniedziałek, 19 października 2015

Genius Loci

Krakowskie szarości Olgi Boznańskiej. Meksykańskie kolory Fridy Khalo. Ziemiste tony Pauli Modersohn- Becker z Worpswede pod Bremą. Ogniste oranże "Wielkiego Kanionu" w Arizonie. Studium wegetacji w serii "Tunel", malowanej w zielonej Anglii- Davida Hockneya. Włoskie kolumny Giorgio de Chirico, rzucające długi cień leniwej siesty. Egzotyka mocnych barw z Tahiti kontrastująca z delikatnością tonów francuskich Paula Gauguina.

Katarzyna Karpowicz,"W cieniu ojca", 73x92, olej na płótnie, 2015, Pangbourne, Anglia

Duch miejsca oddziałuje na malarza. Lokalne światło, architektura, natura, ludzie, dźwięki, zapachy – także to, co nieuchwytne - wpływają na kolor i nastrój obrazów. Człowiek rozwija się pod wpływem zmian, ale dopiero w momencie pełnego poddania się miejscu i przetworzeniu jego rzeczywistości na język malarstwa tworzy dzieło naznaczone duchem miejsca - genius loci.

Katarzyna Karpowicz, "Angielscy chłopcy", 80x60, olej na płótnie, 2015

Podróże odmieniają. Każda wędrówka jest szansą na kolejne spotkanie z czymś nowym oraz na to, żeby zobaczyć siebie w odmiennym świetle. Każde miejsce odciska znak w człowieku, jeśli tylko okaże się ważne. Ta reguła nie dotyczy tylko tych, którzy są wiecznie w ruchu, podróżując. Duch miejsca kształtuje też tych, którzy nigdy go nie opuścili.

Katarzyna Karpowicz, "Dziewczynki", 70x100, olej na płótnie, 2002, Szczebrzeszyn, Polska

Zwykły spacer, odkrywanie mniej znanej dzielnicy rodzinnego miasta może być inspiracją, równie ważną i przełomową jak wędrówka na koniec świata. Genius loci może się objawić również przy szóstej grządce, w prawym rogu przydomowego ogródka. 


Katarzyna Karpowicz, "Martwa natura z moją sukienką", 80x80, olej na płótnie, 2001, Kraków, Polska

Olga Boznańska’s Cracovian greys. Frida Khalo’s Mexican colours. The earthy shades of Paula Modersohn-Becker of Worpswede near Bremen. The fiery hues of orange of the Grand Canyon in Arizona. The study of vegetation in the “Tunnel” series, painted by David Hockney in green England. Giorgio de Chirico’s Italian columns, casting long shadows of a languid siesta. Paul Gauguin’s exoticism of Tahitian bright colours contrasting with the finesse of French shades.
The spirit of a place influences painters. The local light, architecture, nature, people, sounds and smells – as well as the intangible  – all have an effect on the colours and moods of paintings. People grow when affected by changes, however it is only when they fully succumb to a place and translate its reality into the language of painting that they create a work of art branded by the spirit of that place – the genius loci.

Katarzyna Karpowicz, "Indian boy with a cat", 95x105, oil on canvas, 2012, inspired by trip to India

Travelling changes people. Every voyage is another chance to encounter something new and see oneself in a new light. Each place that one has visited, provided that it turns out to be significant, leaves a trace. However, this rule is irrelevant to rolling stones, those who are forever in motion, forever travelling. The spirit of a given place also affects those who have never left it.

Katarzyna Karpowicz, "Kocio and Kasia", 50x70, oil on canvas, 2012, Kraków, memory form childhood.

An ordinary walk, exploring a less-known part of one’s hometown, can also be inspiring, as crucial and life-changing as a voyage to the end of the world. A genius loci may also appear at the sixth bed in the right corner of a garden next to one’s house.

Katarzyna Karpowicz, "Oman boy with a pigeon in the box", 78x50, oil on canvas, 2015, inspired by trip to Oman

Śledząc życiorysy dawnych mistrzów malarstwa łatwo można dostrzec, jak wielki wpływ na ich twórczość miały podróże. Malarstwo hiszpańskie jest pełne kontrastów, światła i cienia, południowego temperamentu. Malarstwo polskie dominuje łuna chłodniejszego światła. Sztuka japońska jest precyzyjna i oszczędna w wyrazie. Jak woda, jak skała, jak sosna.


Katarzyna Karpowicz, "Jerzy z gęsią", 50x40, olej na płótnie, 2015, Pangbourne, Anglia 


Wierzę w ducha miejsca. Świadomie i nieświadomie poddaję się jego wpływowi malując kolejne obrazy. Kraków, Szczebrzeszyn, Gdynia w Polsce, Budapeszt na Węgrzech, Pangbourne w Anglii.To miejsca dzięki którym rozwinęło się moje malarstwo.


Katarzyna Karpowicz, "Oczekiwanie", 150x140, olej na płótnie, 2007

Studying the biographies of the great painters of the past, one may easily see the influence of their travelling on their works. For instance, Spanish painting is full of contrasts, light and shadow, and the southern temperament. Polish painting is dominated by an aura of cooler light. Japanese art is precise and taciturn, like water, like a rock, or like a pine.


Katarzyna Karpowicz, "Gdynia - Orłowo", 100x80, oil on canvas, 2007, Gdynia, Poland

I believe in the spirit of a place. I submit to it both consciously and unconsciously when I create my paintings. Krakow, Szczebrzeszyn and Gdynia in Poland, Budapest in Hungary, and Pangbourne in England are the places thanks to which my painting has blossomed.


Katarzyna Karpowicz, "Margaret Bridge", 100x100, oil on canvas, 2013, Budapest, Hungary

Piękno w sztuce to dziś pojęcie nie podlegające dyskusji, ale według mnie, niejednokrotnie zdewaluowane. Artyści, niekiedy, zamiast po prostu tworzyć, rozważają najpierw- „co warto?”. Tęsknię za tym, żeby obraz mógł być tylko i wyłącznie obrazem, składającym się z kompozycji, materii, koloru, nastroju, wreszcie, warsztatu, który niesie ze sobą taką samą wartość jak poezja, film, utwór muzyczny. Wartość, która powstaje pod wypływem bezpośredniego oddziaływania dzieła na odbiorcę, a nie pod wpływem dyktanda kuratorów, czy też długiego i zawiłego intelektualnie opisu objaśniającego sens sztuki w której niewiele jest.


Katarzyna Karpowicz, "Mantua", 100x100, olej na płótnie, 2013, inspirowany podróżą do Włoch


W malarstwie podążam intuicyjną, osobistą drogą. Omijam to, co narzucone, wykoncypowane, wykreowane. Powtarzając za Józefem Czapskim, wierzę w malarstwo malarstwo pełne ciszy i pokory. Czerpię z tego, co mnie otacza. Dostrzegam wielką wartość ducha miejsca, który kształtuje malarza, wpływa na niego.


Katarzyna Karpowicz, "Podróż do Szczebrzeszyna", 80x 100, olej na płótnie, 2012


"Genius loci – Duch miejsca" to tytuł mojej kolejnej wystawy. Pokażę zestaw prac powstałych w miejscach oraz pod wpływem miejsc z którymi związało mnie życie – w Polsce (Kraków, Gdynia, Szczebrzeszyn), na Węgrzech (Budapeszt) i w Anglii (Pangbourne). Moje ostatnie podróże, do Grecji, Włoch, Indii, Omanu,  pozostawiły ślad w obrazach. Nie są to jednak „pocztówki”, ale przetworzone wspomnienia, cytaty i powroty do tych miejsc w języku malarstwa. Każde z tych miejsc mogłabym nazwać swoim własnym, miejscem w którym istnieje kawałek mnie.Choć można też powiedzieć, że to we mnie pozostały te miejsca, tworząc po trochu to, kim jestem. Wracam pamięcią do słów mojego Ojca malarza opowiadającego o rodzinnym miasteczku Szczebrzeszyn – swojej „małej ojczyźnie”- użył wtedy określenia "duch miejsca - genius loci".


Katarzyna Karpowicz, "Cukiernia", 61x73, olej na płótnie, 2013, Kraków

Nie zakładałam nigdy spójnej idei, której miałyby się poddawać moje obrazy na czas wystawy. Maluję trochę jak dziecko, z wielkim apetytem na to, co mnie frapuje w danym momencie. Niemniej jednak to właśnie duch miejsca – genius loci – tworzy wspólny mianownik wystawy, na którą serdecznie zapraszam do Galerii Artemis w Krakowie, w kwietniu 2016 roku.



Katarzyna Karpowicz, "Cukraszda", 87x71, olej na płótnie, 2014, Budapeszt

Beauty in art is an indisputable notion nowadays, yet I believe that it is often underappreciated. Sometimes artists instead of just creating ask themselves, “What is worth doing?” I long for a painting to be nothing but a painting, consisting of its composition, content, colour, mood, and a workshop whose worth is the same as in the cases of poetry, films and pieces of music. It is a kind of worth that arises when a work of art influences its viewer directly, as opposed to the dictates of museum curators or a long and winding description that explains the meaning of works which in fact contain little meaning.


Katarzyna Karpowicz, "At the Gallery", oil on canvas, 79x95, oil on canvas, 2013, Budapest
In my painting I follow my own intuitive path. I avoid that which is forced, excogitated or made up. To cite Józef Czapski, I believe in a kind of painting that is filled with silence and humility. I draw inspiration from my surroundings. I notice the great worth of the spirit of a place which shapes painters and influences them.


Katarzyna Karpowicz, "The moment", 170x 150, oil on canvas, 2015, Pangbourne, England


Genius Loci – The Spirit of a Place is the title of my next exhibition. I am going to show a set of works that were painted in or under the influence of the locations to which my life has connected me: Poland (Krakow, Gdynia, Szczebrzeszyn), Hungary (Budapest) and England (Pangbourne). My recent journeys to Greece, Italy, India, and Oman have all left traces in my paintings. Nonetheless, they are not “postcards” but recycled memories, quotations and returns to those places expressed in the language of painting. I could call each of these places my own, since each contains a piece of me. On the other hand, it might be said that it is in me that these places have remained, contributing to who I am. In my memories I go back to my late Father, a painter who, when telling me of his hometown of Szczebrzeszyn, his “local motherland”, used those very words: “the spirit of a place – the genius loci”.


Katarzyna Karpowicz, "Master and Margarita", 170x150, oil on canvas, 2015, part of "swimming pools series", England


I have never assumed a coherent principle to which my paintings should adhere during an exhibition. To a certain extent I paint like a child, coveting what I find intriguing at the moment. Still, it is the spirit of a place, the genius loci, that constitutes a common motif of my exhibition to be held at Galeria Artemis in Krakow in April 2016, to which I cordially invite everyone.


Katarzyna Karpowicz, "At the Big Gallery", 150x220, oil on canvas, 2015, Budapest


poniedziałek, 11 maja 2015

Po co maluję?

 “Travel is very useful and it exercises the imagination. All the rest is disappointment and fatigue. Our own journey is entirely imaginary. That is its strength. It goes from life to death. People, animals, cities, things, all are imagined. It’s a novel, simply a fictitious narrative.”

- Céline, "Journey to the End of the Night, Paolo Sorrentino, "La Grande Belleza"

foto. Katarzyna Karpowicz, pracownia w Pangbourne, Berkshire, Anglia.

W przeciągu ostatnich 3 lat przeprowadzałam się 4 razy. Polska, Węgry, Anglia. Decyzja o zmianie, poszukiwanie odpowiedniego mieszkania i pracowni, pakowanie całego dobytku domowego, pracownianego, ponowne urządzanie codziennego życia, organizacja pracy w nowym miejscu kosztuje wiele wysiłku i determinacji oraz wymaga wiary w sens podejmowania kolejnego wyzwania. Równocześnie w ciągu 3 lat zrealizowałam 4 wystawy indywidualne: Warszawa, Kraków, Wrocław, Budapeszt. Odrywając się od macierzystej kolebki- dorosłam, poznając różnych ludzi, których nigdy nie spotkałabym pozostając w jednym miejscu- zmądrzałam, spostrzegłszy, że życie jest nieprzewidywalne i nie da się ot tak go sobie zaplanować- nabrałam dystansu.

foto. Grzegorz Szymerkowski, Katarzyna Karpowicz w angielskiej pracowni.


foto. Katarzyna Karpowicz, przedwiośnie, pracownia w Pangbourne.

 Gdzieś w przeszłości, pod wpływem namacalnej świadomości przemijania byłam już w tym punkcie w którym stwierdziłam, że żyje się po to, żeby żyć, a reszta to nieistotna szarpanina, ale w momencie studiów i dojrzewania straciłam tę wiedzę, która w sumie jest bardzo pierwotna i dobra, ponieważ chroni człowieka przed zbędnym stresem.

foto. Katarzyna Karpowicz, plener nad Tamizą.

Wszelkie zmiany w moim życiu są wynikiem przypadkowych zdarzeń i moich wobec nich decyzji, za każdym razem okazują się dobre. Do czego zmierzam podsumowując moją wędrówkę z ostatnich trzech lat?

Foto. Katarzyna Karpowicz, widok z okna pracowni.

Jak zwykle do malarstwa, które niezmiennie, bez względu na moją kondycję, na warunki zewnętrzne, na moje wewnętrzne przeżycia towarzyszy mi wiernie, równolegle tworząc przestrzeń w której bezpiecznie mogę toczyć długie rozmowy z sobą samą, które tak naprawdę są rozmową pomiędzy mną a pracą, a potem przeradzają się w dialog pomiędzy odbiorcą, a obrazem.

foto. Katarzyna Karpowicz, w trakcie pracy.

 Koledzy po fachu- malujcie, koledzy innych dyscyplin- pracujcie nad tym co kochacie najbardziej, bo życie jest krótkie, a wszystko co się przydarza, to lepsze i grosze, to trudniejsze i łatwiejsze- ma sens ponieważ służy czemuś bardzo ważnemu- waszej twórczości i waszemu rozwojowi. Ciężka praca i niezłomne przekonanie o jej istocie jest dla mnie niezmiennie oparciem. Jaki jest sens mojego malowania? Prosty. Maluję żeby malować, tak jak żyję, żeby żyć. 

foto. Katarzyna Karpowicz, mój mąż w pracowni.




piątek, 10 października 2014

Życie w Obrazie

W źródłach swoich inspiracji zawsze wymieniałam, właściwie bez zastanowienia: własne doświadczenia, spotkania, podróże, moich mistrzów, ludzi którzy mnie fascynują z dziedziny sztuki, literatury, muzyki i nie tylko, wyliczałam ważne filmy, książki, muzykę, ostatnio jednak doznałam olśnienia, że się pomyliłam.

Przecież ja prawie nigdy nie malowałam z bezpośrednich inspiracji, a właściwie często obraz nad którym pracowałam pozostawiał dla mnie zagadką, tajemnicą, zestawieniem kompozycji, koloru, światła i nastroju, zabawą w opowieść, kreowaniem życia, które wydawało mi się interesujące do namalowania.

Życie obrazu budowałam zwykle trochę nieświadomie, intuicyjnie, ale po swojemu, niezależnie od inspiracji, bardziej z własnego wnętrza niż z zewnętrznego budulca, pomimo, że każde wnętrze naznaczone jest tym co go ukształtowało.


Katarzyna Karpowicz "Pociąg za murem zoo" 100x115, olej na płótnie, 2014

Patrzę na moje starsze obrazy dzisiaj i widzę je zupełnie inaczej, bardzo krytycznie, ale również czule, uważniej, rozumniej, są przedstawiające, życie, które dla nich wymyśliłam zatrzymało się w momencie, kiedy postanowiłam, że obraz jest skończony. Z pozoru. To życie trwa nadal i dyktuje mi już zupełnie inną historię, pomimo, że obraz się nie zmienił, to moje spojrzenie jest już inne.


Katarzyna Karpowicz z obrazem olejnym Joanny Karpowicz


Jako dziecko wielkości nogi od pracownianego stołu gapiłam się z przejęciem na płótna Ojca Sławomira Karpowicza i Matki Anny Karpowicz-Westner, oraz inne obrazy, które u nas w domu wisiały takie jak martwa natura zawężona w szarościach z czaszką konia Grzegorza Bednarskiego, bardzo abstrakcyjny, strukturalny pejzaż w brązach Zbigniewa Cebuli, autobiograficzna, pracowniana scena rodzajowa Lucyny Patality, w której jedna z postaci to ja -dziecko, Portret w Kapeluszu Isi Janty, mroczny, piękny i bardzo tajemniczy, oraz magiczne obrazy mojego Ojca Chrzestnego, Witolda Apro. Muszę tu zaznaczyć, że przez nasze mieszkanie przewijały się obrazy innych artystów, które stanowiły jedne z ważniejszych widoków z mojego dzieciństwa, pojawiały się na kilka lat, czyli dla mnie, na całą wtedy wieczność i znikały, ponieważ artyści jak sobie coś czasem wzajemnie darują, to później czasem to odbierają,  bo wystawa, konkurs, zrozumiała sprawa. Dzięki temu miałam okazję dorastać w otoczeniu różnych ciekawych obrazów, które na stałe mieszkały z nami lub pomieszkiwały tylko przez jakiś czas, lub, tak jak obraz Wacława Taranczewskiego były u nas przez chwilę, na przechowaniu.

Piszę o tym po to, żeby wyjaśnić czym jest dla mnie obraz i jak do tego doszło, że jestem przekonana, że życie w obrazie istnieje.


W pracowni Rodziców


  Jak się tak wpatrywałam w te obrazy, czasem uważnie, czasem przy okazji, innym razem, zupełnie przez przypadek, nieświadomie, zawsze wydawało mi się, że nie widzę powierzchownie samego płótna i farb, ale obserwuję życie, które namalował malarz. Wyobraźcie sobie, jak patrzy dziecko na przedmiot, jak może patrzeć na sztukę, jak może być to silne i wstrząsające doświadczenie dla dziecka wnikliwego, które jest w stanie skoncentrować się na obserwacji obrazu. Tu krótki apel do rodziców, muzeum, galeria i filharmonia to są miejsca również dla dzieci, nie trzeba dawkować dzieciom kultury, ograniczać do porcji dziecięcej lub co gorsze zdziecinniać. Warto pokazać dziecku album z malarstwem zamiast odblaskowej, krzykliwej bajki, najprawdopodobniej, w czasie wspólnego oglądania sztuki można się czegoś mądrego dowiedzieć od dziecka. Dziecko jest wrażliwe na detale i bezpośrednie w swojej szczerości, uważne, ma tą przewagę nad przeciętnym dorosłym.

Twierdzę, że malarz pozostaje dzieckiem do końca, także w moim postrzeganiu obrazu prawdopodobnie niewiele się zmieniło, jasne, doszło doświadczenie, wiedza, ale to często przeszkadza w postrzeganiu, dlatego czasem staram się zerwać z przyzwyczajeniami i przyjrzeć się czemuś na nowo. Po raz kolejny zachęcam wszystkich zasłaniających się dewizą "ja się nie znam na sztuce" do tego, żeby pomimo wszystko przyjrzeć się "życiu obrazu" bo naprawdę istnieje.

Tymczasem w obrazach trwa życie, ciche i tajemne, scena chociaż ta sama od lat nabrzmiewa treścią moich nowych doświadczeń. Oddaję obrazy w ręce nowych właścicieli, a życie w obrazie się nie zmienia, ale jest przecież inne, wyłowione spojrzeniem innych osób o różnych doświadczeniach. Obraz wisi na ścianie, życie w obrazie trwa, jest poza mną, ale ożywa w moim spojrzeniu.

  Patrzmy na obrazy, ożywiajmy je spojrzeniem, życie niezależnie od nas toczy się w obrazie, to obraz ożywia nasze życie.



Anna Karpowicz-Westner, "W pracowni", 95x85, olej na płótnie 2013





Anna Karpowicz-Westner, "Śpiąca w zieleni", 40x30, olej na płótnie, 2012




Anna Karpowicz-Westner, "Lato w małym miasteczku",75x85, olej na płótnie, 2011





Anna Karpowicz-Westner, "Na czerwonej sofie", 90x100, olej na płótnie, 2012







Sławomir Karpowicz





Sławomir Karpowicz




Sławomir Karpowicz





Sławomir Karpowicz







piątek, 5 września 2014

Budapeszt zaowocował.

Cześć,
Dzisiaj powracam po dłuższej przerwie. Materiał na kolejne posty od dłuższego czasu kumuluje się w mojej głowie, dlatego postanowiłam, że zacznę z powrotem pisać, bo inaczej wszystko zapomnę i zgubię. Mój zamysł na tego bloga był właśnie taki, żeby gromadzić w jednym miejscu ważne dla mnie notatki, myśli, szkice, wszystko co towarzyszy mi podczas pracy nad obrazami. Chciałabym się z Wami podzielić tym co w malarstwie odkrywam, mam nadzieję, że dla kilku osób może być to interesujące, jeśli tak, to zapraszam do przeczytania wywiadu ze mną, w którym opowiadam co tam u mnie się obecnie dzieje.


Wywiad przeprowadził ze mną István Szathmáry który jest węgierskim dziennikarzem, grafikiem i ilustratorem. Studiował historię i komunikację w Katolickim Uniwersytecie Pétera Pázmánya w Piliscsaba. Od 2011 pisze teksty o tematyce kulturalnej dla dziennika „Magyar Nemzet" i serwisu informacyjnego MNO. Był jednym z finalistów konkursu OTDK, w którym wyróżniane są teksty naukowe z zakresu filozofii i estetyki. Jako ilustrator, Szathmáry współpracował z m.in. pisarzami Noémi Szécsi i János Lackfi. Zabawny przewodnik dla Węgrów autorstwa Lackfi'ego („Homo Hungaricus") z satyrycznymi komiksami Szathmáry'ego był jedną z najlepiej sprzedających się książek węgierskich w 2013 roku. Polecam serdecznie zapoznać się z twórczością Istvána Szathmáry : thygrafika

Fragment wywiadu ukazał się w codzinnej gazecie Magyar Nemzet i na stronie internetowej, pod linkiem:


I.Sz. - Banalne pytanie, ale co wpada Pani do głowy, kiedy Pani słyszy „Budapeszt”? Jakie słowa, kolory, smaki albo dźwięki?

K.K. - Pytanie całkiem słuszne, bo tak właśnie z kolegami malarzami czasem sobie coś opowiadamy, najprawdopodobniej wszyscy artyści wizualni w ten sposób zapisują w głowie notatki o napotkanych zjawiskach, miejscach, osobach, rzeczach, żeby później wykorzystać to w swojej pracy. Jak myślę o kolorach Budapesztu, przy czym chcę podkreślić, że najprawdopodobniej każdy człowiek inaczej widzi kolory, to ja widzę złoto zestawione z szarością.  Słońce oświetla architekturę Budapesztu na złoto, a chłodna szarość i głębokie tony Dunaju gaszą ten ciepły kolor i wychodzi z tego interesująca mieszanka, bardzo szlachetna i wyszukana, jak drogocenna złota rama poprzecierana srebrną patyną. Zapytał Pan malarza o kolor i ma Pan odpowiedź całkiem symboliczną. Smak dojrzałych owoców i warzyw, świetnego wina. Dźwięk ? Bela Bartok płynący z Programu Drugiego polskiego radia, którego często słucham przy pracy.

I.Sz. - Czego brakuje Pani z Krakowa? I odwrotnie: jakie są rzeczy, które tylko tu Pani odnalazła?

K.K. - Brakuje mi mojej kochanej Rodziny, przyjaciół i wszystkich znajomych, sąsiadów, mojego ulubionego sklepu dla plastyków, moich stałych ścieżek, drogi rowerowej z mieszkania do pracowni, ulubionych kawiarni, krakowskiego rynku i plant, moich krakowskich przyzwyczajeń i rytuałów no i tęsknię za moją piękną krakowską pracownią którą dzielę z mamą malarką Anną Karpowicz-Westner.  W Budapeszcie znalazłam nowych znajomych i mam nadzieję, że kilku z nich zostanie moimi przyjaciółmi, mam ulubione kawiarnie i knajpki,  wydeptałam już swoje ścieżki, mam ulubione miejsca które często odwiedzam. Bardzo lubię wystawy w Muzeum Sztuk Pięknych, między innymi  ze stałej kolekcji fascynują mnie obrazy  El Grecka. Budapeszt jest monumentalny i rozległy, ciągle mnie zaskakuje, wciąż jest dla mnie nieodkryty, Dunaj jest taki szeroki w porównaniu do Wisły, inspirują mnie mosty w Budapeszcie i chciałabym poświęcić im kilka moich obrazów, bardzo mnie interesuje tutejszy pejzaż miejski, przestrzeń ta zabudowana, ale też ta w której jest dużo powietrza, dystansu  i ten widok zapierający dech w piersiach. Znalazłam tu bardzo dużo piękna, długo bym mogła o tym opowiadać.


I.Sz. - Jakie są Pani ulubione miejsca w Budapeszcie?

K.K - Pierwsze miejsce które poleciłabym każdemu to Budapest Music Center, biblioteka, sala koncertowa i klub jazzowy w jednym w pięknie zaprojektowanym budynku. Jesienią i zimą spędzałam tam prawie każdy piątek i przyglądałam się koncertującym muzykom z całego świata.  To wspaniałe miejsce, żeby spędzić esencjonalny wieczór, można wybrać się na koncert muzyki klasycznej, lub zarezerwować stolik blisko sceny w Opus Jazz Club, zamówić coś dobrego do jedzenia i picia i przenieść się do innego świata dzięki zawsze świetnej muzyce granej na żywo przez znane osobowości jazzu.
Kolejne miejsce, nie wiem czy powinnam je zdradzać, bo spacery w tym kierunku to już mój cotygodniowy rytuał i w dodatku całkiem mistyczny...to mauzoleum Gul Baby. Wczoraj poszłam odwiedzić Ojca Róż, derwisza, sufi, poetę, można by rzec, przewrotnie, mojego anioła stróża. Po drodze spotkałam zagubionego turystę który zapytał mnie o drogę do grobowca Gul Baby, zaproponowałam, żeby poszedł ze mną bo właśnie się tam wybieram. W krótkiej rozmowie okazało się, ku mojemu szczęściu, że osoba którą spotkałam to turecki profesor, doktor, dziekan wydziału filologii tureckiej zajmujący się głównie tematyką sufizmu i szamanizmu. W związku z tym, że namalowałam obraz „Taniec Sufi” pod wpływem moich spacerów do Gul Baby, oraz fascynuję się zagadnieniem sufizmu postanowiłam zadać kilka pytań profesorowi. Zostałam zaproszona do kawiarni i przy węgierskim cydrze odbyłam jedną z najciekawszych rozmów o życiu i filozofii. Spotkanie zupełnie przypadkowe, ale jakby darowane.
To są dwa najważniejsze dla mnie punkty, ale wciąż odkrywam nowe, a do innych zaczynam się przyzwyczajać i niedługo staną się moje ulubione. Znowu, mogłabym długo wymieniać. Co ciekawe, lubię również te miejsca które nie są turystyczne, łażę po tych mniej wyremontowanych i mniej atrakcyjnych ulicach, tych biedniejszych i bardziej zaniedbanych i bardzo lubię takie miejsca które z pozoru są kompletnie nieatrakcyjne.



I. Sz. - „Od kiedy mieszkam w Budapeszcie, maluję trochę inaczej” , „zamieszkałam trochę dalej na południe – w Budapeszcie światło jest cieplejsze, klimat bardzo egzotyczny, owoce trochę słodsze, kolory intensywniejsze” – też słowa Pani. W jakim sensie zmieniło się Pani malarstwo w Budapeszcie? Technicznie, tematycznie, nastrojowo? Według opisu Pani wydaje mi się, że Budapeszt to takie miasto w brzegu morza śródziemnego…

K.K - Ha! Pan tego już nie zauważa i pewnie większość osób mieszkających na Węgrzech zdziwi się tym moim opisem. Wystarczy, żeby ktoś pomieszkał rok w Krakowie i dostrzeże różnicę w świetle i kolorze. To nie w Polsce przy drodze sprzedają sterty słodkich, dorodnych arbuzów, w polskich ogrodach nie kwitną te bardziej ciepłolubne rośliny, które tutaj występują i przypominają mi bardziej roślinność grecką niż polską, wreszcie, platany o białej korze. Parki w Krakowie mają inny kolor, ciemniejszy w tonacji, a w Budapeszcie są  jasne, świetliste. Pnie platanów są dla mnie bardzo egzotyczne. Zeszłej jesieni nie zapadłam w rytualną depresję zimową, bo zima u Was zaczyna się raczej wtedy kiedy powinna, a w Polsce zaczyna się często już w moje urodziny w listopadzie. Oczywiście biorę poprawkę, zeszły rok był cieplejszy niż zwykle, ale jednak tu jest zdecydowanie cieplej, nie marznę tyle co w Polsce, a jak jest zimno, to tylko przez parę miesięcy, a nie ponad pół roku. Porównuję klimat Budapesztu do Krakowa, ale jakbym chciała porównać Budapeszt do Gdyni toby dopiero wyszły kontrasty temperaturowe. Poza tym, wpadłam w taki klimat bo bliżej mi teraz do północnych Włoch, do Chorwacji, Serbii, Bośni i Hercegowiny. 


I.Sz.- Pani mówiła w pewnym wywiadzie, że „moje spacery po Budapeszcie są zupełnie nieturystyczne, bez przewodnika i mapy”. Jestem ciekawy, że jak wyglądały te spacery, jakie doświadczenia zyskiwała Pani w ten sposób i jak zmienił związek z miastem od tamtej pory?

K.K.- Na początku chodziłam po mieście samotnie, po kilka godzin, co sprawiło, że zbudowałam sobie świetną kondycję i orientację w terenie,  czasem zapuszczałam się w miasto w towarzystwie, ale najczęściej łaziłam sama, szwędająca się w przypadkowe rejony i przyglądając się wszystkiemu z ciekawością dziecka, które widzi wszystko pierwszy raz. Powolutku zaliczałam również turystyczne atrakcje, ale wciąż jeszcze dużo sztandarowych zabytków przede mną. Problem polega na tym, że nie jestem turystą, ale po prostu tu mieszkam i maluję, dlatego nie mogę sobie pozwolić, żeby tak beztrosko, wakacyjnie wszystko zgłębić, jako wolny zawód, malarz, trzymam dla własnego dobra wewnętrzną dyscyplinę. W marcu 2014 roku miałam wystawę indywidualną we Wrocławiu, kolejna moja wystawa solowa będzie w Warszawie już za kilka miesięcy w 2015, a przy okazji kilka zbiorowych. Tu wyjaśnię, bo wiem, że przeciętne wyobrażenia o artyście są dość rozbieżne, malarz to zawód jak każdy inny i jest to ciężka i bardzo odpowiedzialna praca. Teraz znam już mniej więcej miasto, mam swoje ulubione rejony i koncentruję się na zgłębianiu historii, poznawaniu kultury, kontekstów, ale również na przyglądaniu się Budapesztańczykom i osobom które odwiedzają to miasto, nie tylko turystycznie ale również zawodowo. Teraz czuję się jak u siebie, tęsknota za Krakowem prawie całkiem wyparowała.  Powolutku, sukcesywnie zaprzyjaźniam się z tym miastem i poznaję jego uroki i zakamarki.

Katarzyna Karpowicz, "Samotny spacer", 80x100, olej na płótnie, 2013


Katarzyna Karpowicz, "Sanatorium", 70x100, 2014

I.Sz. - „Dowiedziałam się ważnego o życiu, od mieszkańców Cered” – pisała Pani w facebooku po pobycie w obozie artystycznym w Ceredzie. Jestem ciekawy, co konkretnie  Pani odkryła i jak wyglądało spotkanie z mieszkańcami tej wsi?

K.K. - Plener był międzynarodowy, poznałam ciekawych artystów z Niemiec, Czech, Słowacji i Węgier, ja reprezentowałam Polskę. Tematem było "brakujące pokolenie" czyli socjologiczne zjawisko występujące w Cered i najprawdopodobniej wszędzie na terenach ubogich wiejskich, węgierskich i słowackich, pewnie polskich też. Nie ma pokolenia między 30 a 40 rokiem życia. Każdy artysta miał swój pomysł i kilka dni na realizację, ja miałam tylko dwa dni i musiałam podejmować szybkie decyzje. Postanowiłam przełamać swoją naturę postronnego obserwatora i w dwa dni wykonałam serię portretów mieszkańców Cered i artystów oraz gości towarzyszących mi na plenerze. Dzięki temu poznałam dużo ciekawych ludzi. Zadając im w trakcie malowania pytania takie jak "co jest najważniejsze w życiu", "jakie są Twoje marzenia", "w co się bawiłeś jako dziecko?", "czy jesteś szczęśliwy", oraz po prostu z nimi rozmawiając mogłam w krótkim czasie dowiedzieć się o nich więcej. Na każdy portret przypadało mniej więcej pół godziny. W czasie dwóch dni wykonałam dwadzieścia portretów, szesnaście stanowi jedną całość, a pięć namalowałam w podziękowaniu dla czteroosobowej rodziny która bardzo mi pomogła cierpliwie pozując, oraz dla mojej małej asystentki, tłumaczki, Hanny, uroczej córki wybitnego malarza i organizatora pleneru Csaby Fürjesi. Ludność Cered żyje bardzo skromnie, na granicy ubóstwa, odpowiedzi na moje pytania często były bardzo szczere i obnażały trudy i smutki, ale nigdy tęsknoty i niezadowolenie. Okazało się, że Ci co mają mało i jest im trudniej i wiele przeszli, nie chcą więcej. Są spokojni i usatysfakcjonowani tym co mają. Dało mi to wiele do myślenia. Często obserwuję, jak młodzi ludzie, którzy robią karierę, wciąż chcą więcej, nigdy nie są zadowoleni z tego co mają, ciągle obserwują innego, tego co ma więcej, koniec końców nie są szczęśliwi, a czas mija nieubłagalnie. Młodość jest dość naiwna, jak mija, człowiek się orientuje, że mógł ją bardziej doceniać. Na węgierskiej wsi ubogi Cygan plecie kosze z patyków, nigdy się tego nie uczył, eksperymentuje, kupiłam taki kosz, wygląda jak pierwotna sztuka afrykańska, jest piękny w swojej nieporadności, nie aspiruje do niczego, nie próbuje być lepszy niż kosze które można dostać w Ikei. To mi się bardzo podoba, bo uważam, że trzeba robić wszystko dla siebie, po swojemu i nie konkurować z innymi. Namalowałam portrety artystów, którzy pomiędzy portretami mieszkańców, zapełniają miejsce po brakującym pokoleniu, prawie całkowicie. Kolejne przemyślenie, to wyjątek potwierdzający regułę, kochająca się czteroosobowa rodzina którą sportretowałam, to osoby które powinny być brakujące, a jednak zostały w Cered i są szczęśliwe. Mają około trzydziestki, mieszkają w uroczym domu z zadbanym ogródkiem, wraz z dziećmi i rodzicami, dostałam od nich w podziękowaniu domowej roboty palinkę, dżemy i czekoladki. Byłam trochę za krótko, żeby być pewna stuprocentowo swoich wniosków, ale wydaje mi się, że szczęście jest w zasięgu ręki, pytanie tylko, czy człowiek ma siłę i chęć żeby nie tylko to dostrzec ale i docenić i nad tym pracować? Plener odbył się już dziewiętnasty raz, miałam wielkie szczęście w nim uczestniczyć, zostałam polecona przez artystę i kuratora Tomasza Piarsa pracującego w Polskim Instytucie w Galerii Platan.

I.Sz. - Pani pisze blog, z którego dowiedziałem się, że Pani zdefiniowała sobie jako typ samotnika i dzikusa. Jak zmieniła Pani osobowość w Budapeszcie, gdzie nie ma rodziny, polskich przyjaciół i musi Pani liczyć się z barierą językową?

K.K. -  Byłam takim typem samotnika i dzikusa który jednak ma dużo znajomych i przyjaciół i kochającą rodzinę, wszystko to było dla mnie oczywiste, dane mi od dawna, zyskane w długim czasie, ale bez tak wielkiego wysiłku bo przecież podstawówka, liceum, studia, szkoły językowe, zajęcia sportowe, wspólne wyjazdy, środowisko artystyczne, galerie z którymi współpracuję, itd. W Polsce miałam wciąż możliwość poznawać nowych ludzi bo, wiadomo, istnieję na polskim rynku sztuki, robię wystawy, spotykam się w pracowni z gośćmi, chodzę na wystawy kolegów po fachu itp. Przeprowadzając się do Budapesztu zostawiłam wszystko co miałam w Polsce, a tu, chcę podkreślić, nie przyjechałam na żadne stypendium, ani na rezydencję artystyczną, nie uczestniczę w żadnym programie i na początku nie znałam w ogóle tutejszego środowiska artystycznego ani żadnego innego. Byłam sama w pracowni z moimi obrazami. Pomimo duszy indywidualistki i pracoholika który woli pomalować dłużej zamiast posiedzieć dłużej w pubie bardzo potrzebuję spotkania z drugim człowiekiem. Moje malarstwo przede wszystkim poświęcone jest tematowi „Człowiek” i „Spotkanie”. Uwielbiam słuchać opowieści innych ludzi, jestem ich bardzo ciekawa, inspirują mnie, dzięki temu, maluję. Jestem typem obserwatora i chyba umiem dobrze słuchać .Tak, w Budapeszcie na początku byłam sama, ale z miesiąca na miesiąc dzięki przypadkowi  i mojej ciężkiej pracy w przełamywaniu swoich barier poznawałam nowych ludzi.  Przełamałam swoją  nieśmiałość i od niedawna zaczęłam być bardziej odważna, nie łatwo zagadać obcą osobę, zacząć budować przyjaźń od przedstawienia się: „Jestem Kasia, malarka z Krakowa”.  To trudne, najpierw trzeba sobie wyobrazić czym jest wolny zawód- na co dzień, jeśli sama nie ich sprowokuje nie mam kontaktów z ludźmi, nie mam rozmów o tym jaka jest pogoda i czemu szef jest znowu taki zły, potem trzeba sobie wyobrazić, że dla obcokrajowca mieszkającego w innym kraju nic nie jest oczywiste. Nie ma rodziny ani przyjaciół ze szkoły, nie ma jeszcze Galerii z którymi współpracuję w Budapeszcie, nie ma możliwości nikogo zatrzymać na dłużej, chyba, że sama wyjdę z inicjatywą typu : „Cześć, jestem Kasia, malarka z Krakowa” i spróbuję przełamać własne wewnętrzne bariery, mając nadzieję, że ktoś zechce spróbować zrobić to samo.  Często się udaje, czasem nie, przede wszystkim, nic na siłę, musi być moment i spontaniczność w takich relacjach. Dlatego wciąż kolekcjonuję znajomych, gdyby ktoś chciał się ze mną zaprzyjaźnić to ja bardzo chętnie. Mówię po angielsku i mam ambicje nauczyć się troszkę mówić po węgiersku.

Katarzyna Karpowicz "Wody lecznicze", 73x92, olej na płótnie, 2014

I.Sz. - Opisała Pani takie wydarzenie, kiedy w Indiach w pociągu rysowała Pani portrety współpasażerom, którzy potem zaprosili Panią na wesele ich córki. Wydaje mi się, że pomimo tego, że Pani jest samotnikiem, bardzo chętnie komunikuje się z innymi za pomocą sztuki. Czy mam rację i czy ma Pani podobne doświadczenia z pobytu na Węgrzech?

K.K. - Komunikuję się ze światem za pomocą sztuki, dobrze Pan to określił. To moje poszukiwania człowieka w malarstwie poczynając od jego portretu fizycznego, psychologicznego, a kończąc na jego interakcji z drugim człowiekiem i z otoczeniem zbliża mnie do drugiej realnej osoby, która staje się nieskończoną inspiracją. Często wzbudzam sympatię uśmiechem, potem jak zaczynam rysować lub malować wzbudzam zainteresowanie i często szacunek, to przyciąga ludzi. Zauważyłam, że prawie każdy chce być namalowany, ale prawie nikt nie chce być sfotografowany przez obcego człowieka. Pozując osoba jest czasem spięta, czasem zaciekawiona, niecierpliwa, a czasem spokojna i wytrwała, ale zawsze wydaje mi się, że ta osoba czuje, że jest dla mnie ważna, w moich oczach widzi coś więcej niż tylko spojrzenie, takiej uwagi w spojrzeniu malującego nie zobaczy w spojrzeniu innego człowieka. Każdy potrzebuje uwagi i koncentracji  na własnej osobie, choć przez chwilę. Malując portret pracuję tylko dzięki pozującemu, on dla mnie jest najważniejszy, w nim zawiera się wszystko, czego w danej chwili szukam, a najczęściej szukam i dostrzegam piękno. Mam mnóstwo doświadczenia z malowaniem portretów, niezależnie od kraju, zbliża mnie to do drugiego człowieka, a pamięć rysów twarzy, spojrzenia, atmosfery wokół modela, zostaje we mnie na zawsze i powraca w moich obrazach malowanych już bez modela, z pamięci. Podczas pobytu na Węgrzech dzięki malowaniu portretów w Cered poznałam bardzo ciekawych ludzi.

Katarzyna Karpowicz "Most Małgorzaty" 100x100, olej na płótnie, 2014

I.Sz. - Jaką metodą pracuje Pani? Np. chodzi o obraz z mostem Margit. Czy robiła Pani szkice w miejscu oraz  zdjęcia? Kim są bohaterowie obrazu, o nietypowej aparycji, czy któryś z nich to turysta?

K.K. - Z każdym obrazem jest trochę inaczej, na tym etapie na którym jestem obecnie, stwierdzam, że nie mam żadnych metod ani reguł, po prostu maluję dość spontanicznie, w zależności od potrzeb, głównie korzystam z pamięci, wyobraźni, własnych snów, notatek, szkiców, rzadziej zdjęć, najczęściej jest tak, że obraz już wcześniej gdzieś tam w mojej głowie się pojawia, jako pomysł, zarys, chęć namalowania czegoś, a później rach, ciach, bez szkiców i wstępnych ceregieli rzucam się na płótno i szybko maluję próbując to co chciałam, uchwycić. Jeśli chodzi o most Margit to zabawna historia, przynajmniej dla mnie, chodzi o to, że odkryłam to co było już dawno opracowane, mianowicie, że oko widzi inaczej niż aparat fotograficzny, wiadomo, ale, że przy rozległych przestrzeniach spojrzenie przesuwa się po pejzażu a co za tym idzie, zmienia się perspektywa i nie sposób jej przetłumaczyć logicznie i zawrzeć w spójnej całości, tym bardziej, jak chce się pokazać to wszystko, co ja chciałam przedstawić, czyli Paul Cezanne byłby ze mnie dumny, zrozumiałam kubizm. Zrobiłam zdjęcia, wykonałam szkic, bardzo oględny, ale trafniejszy niż zdjęcia, cała praca zaczęła się na płótnie i w mojej głowie w trakcie pracy nad obrazem. Najważniejsze były dla mnie wspomnienia z moich wędrówek po tym moście i kolory które obserwowałam, postacie na moście są wymyślone, długo, w trakcie malowania się kształtowały, zmieniały, odwracały, przesuwały, aż wreszcie znalazły swoje odpowiednie miejsce i rytm, kolor i rysy. Nie chcę narzucać interpretacji do moich obrazów, dlatego nie będę zdradzała własnej symboliki która na pewno w tym obrazie się pojawia, postaci również mimo tego, że są zmyślone coś konkretnego opowiadają. Niektórzy to turyści, inni to być może eksapaci, może jest tam jakiś artysta, albo zabiegany mieszkaniec Budapesztu? Zawsze zachęcam do indywidualnej rozmowy z obrazem, z utworem, literaturą, poezją itp. Po to jest sztuka, według mnie, żeby każdy sam, nie bojąc się, że zbłądzi poszukiwał własnej drogi w jej odbiorze. Jestem przeciwna długim tekstom wyjaśniającym co autor chciał przez to powiedzieć.

I.Sz. - W obrazie „Zoo w Budapeszcie” widzimy człowieka, który obserwuje niedźwiedzia. Dziwi mnie melancholia obrazu, bo dla mnie Zoo nigdy nie kojarzyło mi się w ten sposób.  Trzeba powiedzieć, że niedźwiedź jest jednym z stałych motywów Pani twórczości. Dlaczego?

Katarzyna Karpowicz, "Zoo w Budapeszcie", 60x50, 2013
K.K. - Nie ma melancholii w Zoo? Dla mnie zoo to zawsze było takie miejsce w którym główne uczucie to melancholia. Czy widział Pan jak lamy mieszkające na skraju ogrodu zoologicznego tęsknie patrzą za przejeżdżającym pociągiem który tuż za murem zoo mknie w nieznane krainy? Czy widział Pan białego niedźwiedzia który ma bajeczne sztuczne skały, atrakcyjny basen i oponę do zabawy jak samotnie, żałośnie leży na brzuchu z wyciągniętymi przednimi i tylnymi łapami? Widziałam jak emerytowana opiekunka odwiedziła swoją dawną podopieczną małpę i jak się przez dzielącą ich szybę z tęsknotą przytulały. Czy widział Pan puste akwaria w których odbijają się jedynie twarze znudzonych zwiedzających? A w Krakowie do zoo chodziłam na wagary, zimą, wydeptywałam ślady w śniegu, szkicowałam zwierzęta, w tej ciszy zimowej, w godzinach porannych, kiedy nie ma jeszcze żadnych zwiedzających. Niedźwiedź jest jednym z moich stałych motywów do których powracam, pasuje idealnie do wanitatywnej tematyki którą poruszam, jest symbolem piękna, potęgi, siły, ale równocześnie jest nieobliczalnym drapieżnikiem.  W moich obrazach występuje jako strażnik czy też opiekun, albo obrazuje moją próbę oswojenia czegoś co jest nieobliczalne, być może niedźwiedź śpiący u boku człowieka przedstawia los, który jest nieznany, a z którym trzeba się pogodzić, nie mówiąc już o świadomości własnej śmierci, którą to najczęściej się odrzuca, ale z którą ja próbuję się zmierzyć. Drapieżnik kontrastuje z bezbronnością człowieka. Zachęcam do spojrzenia na moje obrazy z niedźwiedziami po swojemu, dla każdego mogą oznaczać co innego, to zależy od odbiorcy. Nie chcę żeby moje obrazy miały tylko jedną, słuszną interpretację, jestem ciekawa co widzą w nich inni.
Mam wrażenie, że obrazy Pani obejmują tajemnicze historie w których można odnaleźć interesujące, albo trochę surrealistyczne opowieści. Skąd czerpie Pani inspirację i jakie opowieści oferuje Budapeszt?
Opowieści czerpię z własnego doświadczenia, przetwarzam wszystko co mnie zainteresuje, poczynając od muzyki, literatury, filmu, poprzez sport, podróże, kończąc na własnych snach, spotkaniach z innymi ludźmi i mocno bazując na własnych nastrojach, przemyśleniach, obawach, doświadczeniach, mam też za sobą wieki mistrzów których podziwiam i od których się uczę, oraz tych wielkich współczesnych, zawsze miałam swoich mistrzów. To jest trochę tak, że ja nie maluję tylko dzięki jakiejś inspiracji, natchnieniu, ale z głębokiej potrzeby opowiedzenia czegoś, przepracowania czegoś, przetłumaczenia czegoś sobie i innym na język malarski. Budapeszt jest mocno przefiltrowany, pojawia się w moich obrazach tak jak pojawił się w moim życiu, w sposób bardzo naturalny i osobisty, do tej pory namalowałam węgierskie klimaty takie jak : cukiernię, warzywniak, spacery po nieznanych ulicach, most Małgorzaty, wizytę w zoo. Niedługo wyruszę do miasta ze sztalugą i zabiorę się za olejne szkice, może przydadzą mi się do  innych obrazów albo będą stanowić odrębne prace, takie moje notatki malarskie z Budapesztu.

I.Sz. - Pani urodziła się i wychowała się w niezwykłej rodzinie, ponieważ ojciec, matka i siostra też są wybitnymi malarzami. Nigdy nie czuła Pani presji z tego powodu?


K.K. - Nigdy nie czułam, że moja rodzina jest niezwykła, dla mnie niezwykłe było to, co dla innych było codziennością. Presja? Nigdy, raczej przeciwnie, u mnie w rodzinie bardzo mądrze podchodziło się do życia, miałam i mam ich wsparcie. Nie rywalizowałam z wybitnymi Rodzicami czy Siostrą i nigdy nie będę porównywała się z innymi świetnymi malarzami, każdy idzie swoją drogą, za bardzo jestem zainteresowana tym co robię i za mocno związana z malarstwem, żeby kiedykolwiek odczuwać presję. Po prostu sobie maluję.

środa, 30 kwietnia 2014

Obraz w Galerii.

Kiedy schodzę w dół ze wzgórz Budy zmierzając do Pesztu mam czas na myślenie, w rytm kroków układam w głowie to co zwykle się tam kłębi, tłumaczę sobie pewne rzeczy, rozpatruję możliwości, snuję plany i podejmuję próbę ogarnięcia tego co niepokoi. Takie schodzenie ze wzgórza Rózsadomb to dla mnie równocześnie zachodzenie w głąb siebie, myśli stają się klarowniejsze, przez moment mam chwilową jasność co zrobić, jak namalować, co zmienić, nad czym popracować, czego się nauczyć, w którą stronę iść.

W czasie jednego z takich spacerów myślałam o moim obrazie „W Galerii” co następuje poniżej:
Namalowałam ten obraz nie bez przyczyny. Ciekawa jestem czy ktoś może odczytywać go tak jak ja go zapisałam. Nigdy nie mam intencji malując obraz żeby odbiorca zrozumiał go zgodnie z moją interpretacją. Prawie nigdy nie maluję obrazów w których zawieram tylko jedną odpowiedź. Oczywiście i w tym przypadku dopuszczam różne wersje w zależności od doświadczeń osoby patrzącej na obraz. Przecież Pan Wojtek, galernik, dostrzegł siebie w postaci klęczącej dziewczyny prezentującej obrazy nieprzyjemnemu klientowi z dalekich krajów, a za oknem zauważył tego typowego drobnego złodziejaszka który czasami zwinie małą rzeźbę, obrazek, czy też portfel lub co tam jest wartościowego w zasięgu jego pojęcia i złodziejskiej ręki. Pan Wojtek również zauważa, że ten elegancki facet nawet nie patrzy na obrazy. Kolega po fachu którego spostrzegawczość i otwartość na sztukę innych artystów zawsze mnie miło zaskakuje podpytuje jakby odczytując moje myśli: " Katarzyno, czy ten obraz ma w sobie zapisany jakiś sekret? Ta dziewczyna patrzy w stronę widza, jakby była zakłopotana i w dodatku ten laluś stoi i trzyma ręce w kieszeniach, a ona klęczy. Ja zazwyczaj jestem zakłopotany jak się spotykam z osobami zainteresowanymi moimi pracami. Niekiedy oni się zachowują jakby mi robili wielką łaskę, że w ogóle ze mną rozmawiają, dlatego ten obraz jakoś tak mi się skojarzył…"

Katarzyna Karpowicz, "W Galerii", 65x81, olej na płótnie, 2014

Krok za krokiem schodzę w dół wzgórza, w ten rytm wpisują się fale napływających myśli, a może to te drobne wstrząsy kroków powodują fale w mojej głowie i przynoszą kolejne spostrzeżenia, uwagi, pomysły, wnioski i dygresje. Pachnie oszałamiająco cała ta węgierska roślinność wiosenna. Ciepło słońca gaszone letnim deszczem wydobywa z przebudzonej ziemi intensywny zapach woli odradzania się. Słyszeliście o tym, że melancholia węgierska i Ich umiłowanie udręczania się klęskami są jeszcze bardziej imponujące niż polskie? To tu radość życia, słodycz jego owoców, cudowny smak tutejszego wina oraz piękno oświetlonego złotym słońcem Budapesztu spotyka się z szarością Dunaju, depresją powodowaną poczuciem samotności, pamięcią klęsk, zniewolenia, oraz tęsknotą za tym co odebrane. Można sobie tylko wyobrazić, że łączy się to z wielkim, nieokreślonym, pięknym smutkiem, najprawdopodobniej, bardzo twórczym. Chyba każdy twórca to przyzna, ma się rozumieć, że ja również.

Obraz w Galerii został namalowany nie bez przyczyny. Od kilku lub kilkudziesięciu, być może kilkunastu lat kolekcjonuję w pamięci momenty i słowa które następowały w trakcie jak prezentowałam swoje prace. Mam w pamięci również wypowiedzi, reakcje, propozycje, dotyczące moich obrazów oraz rady jak powinnam i co powinnam malować oraz jak postępować w tej dziedzinie. Czasami takie wspomnienia potrafią rozbawić, czasami przypominają smak łez i upokorzenia, niekiedy powodują jedynie niestrawność pamięciową co sprawia, że na myśl o zaserwowanym daniu malarza przechodzą ciarki wstrętu.
Piszę o tym dlatego, że nie każdy z Nas drodzy malarze i inni koledzy twórcy (którzy nierzadko podają swoje najważniejsze i najdelikatniejsze, najczulsze i najszczersze wytwory odbiorcy) mają wsparcie psychiczne ze strony rodziny czy bliskich po fachu. Nie zawsze po spotkaniu z krytyką, niezrozumieniem czy ignorancją ktoś jest obok Was i mówi „to bzdura, nie przejmuj się, rób swoje”. Czasem, jak przypuszczam brakuje Wam zrozumienia, być może nie zwierzacie się z kłopotów lub porażek kolegom po fachu, a przynajmniej nie na trzeźwo. Chciałabym, żebyście pamiętali o tym co mnie zawsze ratowało w takich krytycznych momentach, to była siła tkwiąca w przekonaniu o słuszności drogi którą się podąża oraz słowa mojego mistrza Darka Vasiny, że w malarstwie można wszystko, co za tym idzie, w sztuce można wszystko. Wszystko zalkeży od tego jak to wykonasz. Jeżeli tak chcesz, tak potrzebujesz to nie słuchaj nikogo, nie przejmuj się niczym, nie rozglądaj się dookoła tylko tak rób i już.

Piszę o tym dlatego, że nie wszyscy ludzie są uprzejmi i taktowni, empatyczni. Każdy z nas czasami zachowa się niegodnie robiąc komuś przykrość, albo zapadając w czyjąś pamięć jako histeryk czy roszczeniowy artysta. Czasami spotykam złą panią w kiosku, fryzjera furiata, lekarza obiboka, konduktora maniaka, pedagoga flegmatyka, hydraulika partacza. Być może taki mieli dzień, rok lub chwilowy nastrój, albo co nieraz przychodzi mi do głowy- niektóre kombinacje ludzi tak na siebie działają. Czy kiedykolwiek mieliście poczucie, że przy niektórych ludziach jesteście fajni i mądrzy, a przy innych ciężko Wam utworzyć poprawnie zdanie, nie mówiąc już o prowadzeniu ciekawej rozmowy czy jakiejkolwiek pozytywnej współpracy? Mam taką teorię, że dobrze jest trafić na dobrą osobę, ale przy pozytywnej konfiguracji czasu i sytuacji, wtedy porozumienie odbywa się bez zbędnych stresów, za to z wielką satysfakcją.

Idę w dół wzgórza zwanego różanym, mijam przechodniów nucących te swoje węgierskie pieśni w różnych tonacjach. Czuję się takim dyskretnym mieszkańcem Budapesztu, ściśnięta w autobusie, tramwaju czy metrze nic nie podsłuchuję chociaż słucham z uwagą. Przyjadę do Polski i zawstydzę się i zmartwię słuchając wymiany zdań na przystanku, głośnych wynurzeń za moimi plecami dobiegającymi z bezwstydnych ust innych przechodniów którzy akurat idą w tą samą stronę co ja. W Polsce nie mogę już nie podsłuchać, a słyszę wyraźnie, choćbym nie chciała.

Trzeba uzbroić się w coś na kształt zbroi z pewności siebie i mieć również na względzie to, że ktoś po prostu źle wypadł, niechcący, że jest nieświadomy jak to brzmi, że nietaktowność to chwilowy brak ogłady, moment zapomnienia o dobrym wychowaniu.
Wtedy klęczy taki twórca dzierżąc w rękach swoje „dzieci”, odsłania to co własne, bliskie, kosztujące nieraz wielki wysiłek i słyszy i obserwuje i doświadcza.
Pedagog, Kurator, Galernik, Odbiorca patrzy i mówi.
Twórca patrzy i czasem widzi, że ktoś patrzy, a nie widzi.
O zgrozo! W ogóle nie patrzy!
Mówi coś co absolutnie nie musi być wypowiedziane.
Wypowiada słowa całkiem niefrasobliwie które mogą być przykre, zupełnie nieświadomie.
Szczera krytyka może być mądra, potrzebna, dająca do myślenia, ale może być również taka bezmyślna i niszcząca.
Mówić po to żeby mówić.
Rady, dobre rady dla młodego malarza.
Młodość to moment w którym człowiek ma potencję, siłę i intuicję i może naprawdę dużo, może popełniać błędy, ale nie powinien być pod nadzorem, nie może mieć nad sobą starszego który kiwa palcem, nie można gasić młodości bo ten moment minie, a jest jednym z najbardziej znaczących i płodnych.
Pokora młodego tkwi zawsze gdzieś z tyłu głowy, przebija się do świadomości w samotności, mądrość tkwi w nas samych, jestem przeciwna korektom naprowadzającym.
Ilu było twórców którzy do 30 stworzyli coś istotnego, bo dłużej już nie było im dane żyć?
Twórca potrzebuje mistrza, poszukuje jednak w nim bardziej opiekuna niż Pantokratora z uniesionym palcem wskazującym.

To co dobre równoważy przykrości.
Galernik pełen życzliwości, wierzący w malarza, odbiorca który po czasie staje się przyjacielem, spotkania przy obrazach które miały trwać godzinkę, a przedłużają się do czterech godzin płomiennej wymiany zdań, spotkanie z korektą która pobudza do działania i wznieca pasję do materii płótna i farb, a nie wypompowuje siły. Opiekun który pojawia się w życiu malarza i dyskretnie wspiera, obserwuje rozwój, docenia, podziwia, szanuje, cieszy się z sukcesów, obserwuje czujnym okiem każdy obraz. Postronny odbiorca który zakocha się w obrazie, przypadkowy przechodzień który zatrzyma się na dłużej i poświęci moment na spotkanie z dziełem malarza. Serdeczny uścisk dłoni, dobre słowo, wsparcie, zrozumienie, życzliwość, pomocna dłoń.
Znacznie więcej jest tego powyższego dobra, to napędza do pracy i to powoduje wewnętrzną krytykę realną, co robić, żeby było jeszcze lepiej, co zmienić, nad czym pracować, co rozwinąć, z czym skończyć.
Na moim obrazie jest chłopak w baseballówce i bluzie z kapturem, to on, który nigdy nie interesował się malarstwem przystaje przy witrynie i wpatruje się intensywnie w obrazy. Moment przyciągania mojego obrazu ludzi którzy stają się moimi przyjaciółmi jest największą nagrodą za trud i stres autoprezentacji czy też ekshibicji jaką jest moje malarstwo.

Mam szczęście do ludzi, za co jestem wdzięczna losowi, cieszę się, że moje obrazy trafiają do kochających domów. Jednak pamiętam momenty zwątpienia i załamania spowodowanego przez negatywny odbiór moich prac. Przypuszczam, że opinie o moich obrazach są podzielone i doskonale rozumiem, że to nic dziwnego, że tak musi być, że w życiu tak już jest, że nie wszystko jest dla wszystkich dobre. Ile miałam starć i nieporozumień? Ile razy musiałam się stresować w wyniku konfrontacji z negatywnym odbiorem? Najprawdopodobniej liczby tej kalkulacji pokrywają się z Twoimi kolego po fachu. Miałam i mam nieocenione wsparcie Rodziny i Przyjaciół które szybko stawiało mnie na nogi. Jeśli Ty nie masz obok siebie kogoś kto zrozumie, to pamiętaj, że to wszystko czego doświadczasz, wszystko co dobre i złe jest nieuniknione, ale nie powinno Tobą zachwiać, żyj bardziej w sobie i spełniaj się w tym co robisz. Jan Jakub Rousseu w „Rozprawie o Pochodzeniu…” pisze następująco: „Dziki żyje niejako sam w sobie. Człowiek uspołeczniony zawsze się jakby znajduje poza sobą”. Przypuszczam, że drogą do szczęścia jest życie bez względu na opinię innych, życie ma się jedno i należy je spędzić po swojemu, bez względu na cudzą krytykę.

Schodzę już prawie na sam dół i już odczuwam ciepło Pesztu, jeszcze przewietrzę się na moście Małgorzaty co spowoduje, że ulecą wraz z wiatrem pędzącym nad wodami Dunaju moje intensywne rozmyślania. Zgadzam się z Krzysztofem Vargą- w momentach bezmyślnych staję się osobą szczęśliwą. W bezmyślność połączoną w zapatrzenie wprawia mnie drganie mostu mruczącego pod wpływem rezonansu kuł tramwajowych i autobusowych. W warkocie silników nie słyszę własnych myśli, patrzę sobie na pejzaż i w piękne niebo, nieskończone, za którym dzieje się nieogarnięty wszechświat.

Mam dar zapominania złego, choć pamiętam, że coś tam było między nami, ale co, dlaczego, co powiedziałeś, co napisałaś, nie pamiętam dokładnie. Zapisywałam kiedyś w notatniku- uważaj Kasiu- ta osoba umówiła się z Tobą i nie odwołała wizyty, a ty od 7 rano rozkładałaś obrazy w pracowni, albo uważaj Kasiu, ta osoba była nieprzyjemna, powiedziała to i tamto, nie poświęcaj jej już więcej czasu, albo, ta osoba jest niekompetentna, nie współpracuj z nią bo nie potraktowała Cię poważnie. Gdzie jest ten notatnik? Nie wiem, zgubiłam po drodze, wyrzuciłam jako zbędny balast, no i w końcu zapomniałam, kto co i jak. Pamiętam coś tam, jak przez mgłę. Dzięki temu nadal ufam ludziom, lubię ludzi i śmieję się z kolejnych tak zwanych siar. Im więcej ich jest tym mi mniej smutno, a weselej bo nabrałam odporności i dystansu. Pewności siebie i tego co maluję. Mam nadzieję, że również co złego to nie ja.

Cóż to jest wobec nieskończoności.
Ten dystans jest nie tylko psychiczny, ale jak już kiedyś o tym pisałam fizyczny. Mieszkam w Budapeszcie i z daleka obserwuję sceny które rozgrywają się na polskim rynku sztuki. Czy mają dla Was znaczenie Węgierskie ekscesy? Czy słyszeliście o „siarach” jakie tu mają miejsce? Nie? Bo to nie ma znaczenia. Nikt o sobie nic nie wie, nikt się niczym nie przejmuje, nikt nie żyje niczym w szerszym kontekście, a nawet w wąskim. Czy Kraków wie co piszczy w Warszawie? Czy Wrocław zna Poznań? Czy Trójmiasto interesuje się tym co dzieje się na Śląsku?
Czy nie jest najważniejsze to co wydarza się w poszczególnym życiu? Czy sama w sobie twórczość nie jest istotą życia? Czy indywidualny los może być zachwiany przez otoczenie?

Może…

Dlatego namalowałam ten obraz, żeby wyrazić moje własne doświadczenia, moje wątpliwości, rozterki, to uczucie kiedy stoję z tymi obrazami i bardzo chciałabym być zrozumiana czy też zaakceptowana, dostrzeżona, a nie zawsze jestem bo tak to już w życiu twórcy jest. Każdy z nas to doświadcza, najprawdopodobniej nie tylko artysta, ale każdy kto pracuje nad czymś z pasją, oddaniem, z uporem i przekonaniem, że to jest właściwe.

W Budapeszcie na razie jestem sama z moim malarstwem, nie weszłam jeszcze za głęboko w tutejszy świat artystyczny i coś mnie trzyma za rękę, żeby tego nie robić. Sytuacja jest dla mnie bardzo komfortowa, nie zajmują mnie za bardzo sprawy polskiego rynku sztuki, ani nie wiem nic o węgierskim. Jestem bezpieczna w pracowni, mam wolną głowę do malowania. Koncentruję się na własnej pracy i własnym rozwoju z dystansu, bez frustracji i zbędnych bodźców. Być może to taki moment, przed trzydziestką, kiedy malarz już opanował sytuację, ma stale współpracujące galerie, realizuje kolejne wystawy, ma oparcie w pozytywnym odbiorze i w kompetentnych galernikach, dzięki czemu utrzymuje się z malarstwa, lub jest to po prostu fizyczny dystans, który pomaga automatycznie zdystansować się psychicznie.

Obraz „W Galerii” jest dedykowany wszystkim malarzom oraz innym osobom które czasami znajdują się w takiej sytuacji, również galernikom którzy bezpośrednio spotykają się z odbiorcami sztuki oraz studentom kierunków artystycznych którzy już na studiach są przygotowywani do przyjmowania dobrych rad z którymi nie ma sposobu żeby się zgodzić.

Siadam na ławce pod platanem, wsłuchuję się w melodykę ugrofińskiego zaśpiewu, czytam dobrą książkę, obserwuję z ciekawością ludzi, zbieram inspiracje oraz siły do dalszej pracy nad obrazem.