środa, 30 kwietnia 2014

Obraz w Galerii.

Kiedy schodzę w dół ze wzgórz Budy zmierzając do Pesztu mam czas na myślenie, w rytm kroków układam w głowie to co zwykle się tam kłębi, tłumaczę sobie pewne rzeczy, rozpatruję możliwości, snuję plany i podejmuję próbę ogarnięcia tego co niepokoi. Takie schodzenie ze wzgórza Rózsadomb to dla mnie równocześnie zachodzenie w głąb siebie, myśli stają się klarowniejsze, przez moment mam chwilową jasność co zrobić, jak namalować, co zmienić, nad czym popracować, czego się nauczyć, w którą stronę iść.

W czasie jednego z takich spacerów myślałam o moim obrazie „W Galerii” co następuje poniżej:
Namalowałam ten obraz nie bez przyczyny. Ciekawa jestem czy ktoś może odczytywać go tak jak ja go zapisałam. Nigdy nie mam intencji malując obraz żeby odbiorca zrozumiał go zgodnie z moją interpretacją. Prawie nigdy nie maluję obrazów w których zawieram tylko jedną odpowiedź. Oczywiście i w tym przypadku dopuszczam różne wersje w zależności od doświadczeń osoby patrzącej na obraz. Przecież Pan Wojtek, galernik, dostrzegł siebie w postaci klęczącej dziewczyny prezentującej obrazy nieprzyjemnemu klientowi z dalekich krajów, a za oknem zauważył tego typowego drobnego złodziejaszka który czasami zwinie małą rzeźbę, obrazek, czy też portfel lub co tam jest wartościowego w zasięgu jego pojęcia i złodziejskiej ręki. Pan Wojtek również zauważa, że ten elegancki facet nawet nie patrzy na obrazy. Kolega po fachu którego spostrzegawczość i otwartość na sztukę innych artystów zawsze mnie miło zaskakuje podpytuje jakby odczytując moje myśli: " Katarzyno, czy ten obraz ma w sobie zapisany jakiś sekret? Ta dziewczyna patrzy w stronę widza, jakby była zakłopotana i w dodatku ten laluś stoi i trzyma ręce w kieszeniach, a ona klęczy. Ja zazwyczaj jestem zakłopotany jak się spotykam z osobami zainteresowanymi moimi pracami. Niekiedy oni się zachowują jakby mi robili wielką łaskę, że w ogóle ze mną rozmawiają, dlatego ten obraz jakoś tak mi się skojarzył…"

Katarzyna Karpowicz, "W Galerii", 65x81, olej na płótnie, 2014

Krok za krokiem schodzę w dół wzgórza, w ten rytm wpisują się fale napływających myśli, a może to te drobne wstrząsy kroków powodują fale w mojej głowie i przynoszą kolejne spostrzeżenia, uwagi, pomysły, wnioski i dygresje. Pachnie oszałamiająco cała ta węgierska roślinność wiosenna. Ciepło słońca gaszone letnim deszczem wydobywa z przebudzonej ziemi intensywny zapach woli odradzania się. Słyszeliście o tym, że melancholia węgierska i Ich umiłowanie udręczania się klęskami są jeszcze bardziej imponujące niż polskie? To tu radość życia, słodycz jego owoców, cudowny smak tutejszego wina oraz piękno oświetlonego złotym słońcem Budapesztu spotyka się z szarością Dunaju, depresją powodowaną poczuciem samotności, pamięcią klęsk, zniewolenia, oraz tęsknotą za tym co odebrane. Można sobie tylko wyobrazić, że łączy się to z wielkim, nieokreślonym, pięknym smutkiem, najprawdopodobniej, bardzo twórczym. Chyba każdy twórca to przyzna, ma się rozumieć, że ja również.

Obraz w Galerii został namalowany nie bez przyczyny. Od kilku lub kilkudziesięciu, być może kilkunastu lat kolekcjonuję w pamięci momenty i słowa które następowały w trakcie jak prezentowałam swoje prace. Mam w pamięci również wypowiedzi, reakcje, propozycje, dotyczące moich obrazów oraz rady jak powinnam i co powinnam malować oraz jak postępować w tej dziedzinie. Czasami takie wspomnienia potrafią rozbawić, czasami przypominają smak łez i upokorzenia, niekiedy powodują jedynie niestrawność pamięciową co sprawia, że na myśl o zaserwowanym daniu malarza przechodzą ciarki wstrętu.
Piszę o tym dlatego, że nie każdy z Nas drodzy malarze i inni koledzy twórcy (którzy nierzadko podają swoje najważniejsze i najdelikatniejsze, najczulsze i najszczersze wytwory odbiorcy) mają wsparcie psychiczne ze strony rodziny czy bliskich po fachu. Nie zawsze po spotkaniu z krytyką, niezrozumieniem czy ignorancją ktoś jest obok Was i mówi „to bzdura, nie przejmuj się, rób swoje”. Czasem, jak przypuszczam brakuje Wam zrozumienia, być może nie zwierzacie się z kłopotów lub porażek kolegom po fachu, a przynajmniej nie na trzeźwo. Chciałabym, żebyście pamiętali o tym co mnie zawsze ratowało w takich krytycznych momentach, to była siła tkwiąca w przekonaniu o słuszności drogi którą się podąża oraz słowa mojego mistrza Darka Vasiny, że w malarstwie można wszystko, co za tym idzie, w sztuce można wszystko. Wszystko zalkeży od tego jak to wykonasz. Jeżeli tak chcesz, tak potrzebujesz to nie słuchaj nikogo, nie przejmuj się niczym, nie rozglądaj się dookoła tylko tak rób i już.

Piszę o tym dlatego, że nie wszyscy ludzie są uprzejmi i taktowni, empatyczni. Każdy z nas czasami zachowa się niegodnie robiąc komuś przykrość, albo zapadając w czyjąś pamięć jako histeryk czy roszczeniowy artysta. Czasami spotykam złą panią w kiosku, fryzjera furiata, lekarza obiboka, konduktora maniaka, pedagoga flegmatyka, hydraulika partacza. Być może taki mieli dzień, rok lub chwilowy nastrój, albo co nieraz przychodzi mi do głowy- niektóre kombinacje ludzi tak na siebie działają. Czy kiedykolwiek mieliście poczucie, że przy niektórych ludziach jesteście fajni i mądrzy, a przy innych ciężko Wam utworzyć poprawnie zdanie, nie mówiąc już o prowadzeniu ciekawej rozmowy czy jakiejkolwiek pozytywnej współpracy? Mam taką teorię, że dobrze jest trafić na dobrą osobę, ale przy pozytywnej konfiguracji czasu i sytuacji, wtedy porozumienie odbywa się bez zbędnych stresów, za to z wielką satysfakcją.

Idę w dół wzgórza zwanego różanym, mijam przechodniów nucących te swoje węgierskie pieśni w różnych tonacjach. Czuję się takim dyskretnym mieszkańcem Budapesztu, ściśnięta w autobusie, tramwaju czy metrze nic nie podsłuchuję chociaż słucham z uwagą. Przyjadę do Polski i zawstydzę się i zmartwię słuchając wymiany zdań na przystanku, głośnych wynurzeń za moimi plecami dobiegającymi z bezwstydnych ust innych przechodniów którzy akurat idą w tą samą stronę co ja. W Polsce nie mogę już nie podsłuchać, a słyszę wyraźnie, choćbym nie chciała.

Trzeba uzbroić się w coś na kształt zbroi z pewności siebie i mieć również na względzie to, że ktoś po prostu źle wypadł, niechcący, że jest nieświadomy jak to brzmi, że nietaktowność to chwilowy brak ogłady, moment zapomnienia o dobrym wychowaniu.
Wtedy klęczy taki twórca dzierżąc w rękach swoje „dzieci”, odsłania to co własne, bliskie, kosztujące nieraz wielki wysiłek i słyszy i obserwuje i doświadcza.
Pedagog, Kurator, Galernik, Odbiorca patrzy i mówi.
Twórca patrzy i czasem widzi, że ktoś patrzy, a nie widzi.
O zgrozo! W ogóle nie patrzy!
Mówi coś co absolutnie nie musi być wypowiedziane.
Wypowiada słowa całkiem niefrasobliwie które mogą być przykre, zupełnie nieświadomie.
Szczera krytyka może być mądra, potrzebna, dająca do myślenia, ale może być również taka bezmyślna i niszcząca.
Mówić po to żeby mówić.
Rady, dobre rady dla młodego malarza.
Młodość to moment w którym człowiek ma potencję, siłę i intuicję i może naprawdę dużo, może popełniać błędy, ale nie powinien być pod nadzorem, nie może mieć nad sobą starszego który kiwa palcem, nie można gasić młodości bo ten moment minie, a jest jednym z najbardziej znaczących i płodnych.
Pokora młodego tkwi zawsze gdzieś z tyłu głowy, przebija się do świadomości w samotności, mądrość tkwi w nas samych, jestem przeciwna korektom naprowadzającym.
Ilu było twórców którzy do 30 stworzyli coś istotnego, bo dłużej już nie było im dane żyć?
Twórca potrzebuje mistrza, poszukuje jednak w nim bardziej opiekuna niż Pantokratora z uniesionym palcem wskazującym.

To co dobre równoważy przykrości.
Galernik pełen życzliwości, wierzący w malarza, odbiorca który po czasie staje się przyjacielem, spotkania przy obrazach które miały trwać godzinkę, a przedłużają się do czterech godzin płomiennej wymiany zdań, spotkanie z korektą która pobudza do działania i wznieca pasję do materii płótna i farb, a nie wypompowuje siły. Opiekun który pojawia się w życiu malarza i dyskretnie wspiera, obserwuje rozwój, docenia, podziwia, szanuje, cieszy się z sukcesów, obserwuje czujnym okiem każdy obraz. Postronny odbiorca który zakocha się w obrazie, przypadkowy przechodzień który zatrzyma się na dłużej i poświęci moment na spotkanie z dziełem malarza. Serdeczny uścisk dłoni, dobre słowo, wsparcie, zrozumienie, życzliwość, pomocna dłoń.
Znacznie więcej jest tego powyższego dobra, to napędza do pracy i to powoduje wewnętrzną krytykę realną, co robić, żeby było jeszcze lepiej, co zmienić, nad czym pracować, co rozwinąć, z czym skończyć.
Na moim obrazie jest chłopak w baseballówce i bluzie z kapturem, to on, który nigdy nie interesował się malarstwem przystaje przy witrynie i wpatruje się intensywnie w obrazy. Moment przyciągania mojego obrazu ludzi którzy stają się moimi przyjaciółmi jest największą nagrodą za trud i stres autoprezentacji czy też ekshibicji jaką jest moje malarstwo.

Mam szczęście do ludzi, za co jestem wdzięczna losowi, cieszę się, że moje obrazy trafiają do kochających domów. Jednak pamiętam momenty zwątpienia i załamania spowodowanego przez negatywny odbiór moich prac. Przypuszczam, że opinie o moich obrazach są podzielone i doskonale rozumiem, że to nic dziwnego, że tak musi być, że w życiu tak już jest, że nie wszystko jest dla wszystkich dobre. Ile miałam starć i nieporozumień? Ile razy musiałam się stresować w wyniku konfrontacji z negatywnym odbiorem? Najprawdopodobniej liczby tej kalkulacji pokrywają się z Twoimi kolego po fachu. Miałam i mam nieocenione wsparcie Rodziny i Przyjaciół które szybko stawiało mnie na nogi. Jeśli Ty nie masz obok siebie kogoś kto zrozumie, to pamiętaj, że to wszystko czego doświadczasz, wszystko co dobre i złe jest nieuniknione, ale nie powinno Tobą zachwiać, żyj bardziej w sobie i spełniaj się w tym co robisz. Jan Jakub Rousseu w „Rozprawie o Pochodzeniu…” pisze następująco: „Dziki żyje niejako sam w sobie. Człowiek uspołeczniony zawsze się jakby znajduje poza sobą”. Przypuszczam, że drogą do szczęścia jest życie bez względu na opinię innych, życie ma się jedno i należy je spędzić po swojemu, bez względu na cudzą krytykę.

Schodzę już prawie na sam dół i już odczuwam ciepło Pesztu, jeszcze przewietrzę się na moście Małgorzaty co spowoduje, że ulecą wraz z wiatrem pędzącym nad wodami Dunaju moje intensywne rozmyślania. Zgadzam się z Krzysztofem Vargą- w momentach bezmyślnych staję się osobą szczęśliwą. W bezmyślność połączoną w zapatrzenie wprawia mnie drganie mostu mruczącego pod wpływem rezonansu kuł tramwajowych i autobusowych. W warkocie silników nie słyszę własnych myśli, patrzę sobie na pejzaż i w piękne niebo, nieskończone, za którym dzieje się nieogarnięty wszechświat.

Mam dar zapominania złego, choć pamiętam, że coś tam było między nami, ale co, dlaczego, co powiedziałeś, co napisałaś, nie pamiętam dokładnie. Zapisywałam kiedyś w notatniku- uważaj Kasiu- ta osoba umówiła się z Tobą i nie odwołała wizyty, a ty od 7 rano rozkładałaś obrazy w pracowni, albo uważaj Kasiu, ta osoba była nieprzyjemna, powiedziała to i tamto, nie poświęcaj jej już więcej czasu, albo, ta osoba jest niekompetentna, nie współpracuj z nią bo nie potraktowała Cię poważnie. Gdzie jest ten notatnik? Nie wiem, zgubiłam po drodze, wyrzuciłam jako zbędny balast, no i w końcu zapomniałam, kto co i jak. Pamiętam coś tam, jak przez mgłę. Dzięki temu nadal ufam ludziom, lubię ludzi i śmieję się z kolejnych tak zwanych siar. Im więcej ich jest tym mi mniej smutno, a weselej bo nabrałam odporności i dystansu. Pewności siebie i tego co maluję. Mam nadzieję, że również co złego to nie ja.

Cóż to jest wobec nieskończoności.
Ten dystans jest nie tylko psychiczny, ale jak już kiedyś o tym pisałam fizyczny. Mieszkam w Budapeszcie i z daleka obserwuję sceny które rozgrywają się na polskim rynku sztuki. Czy mają dla Was znaczenie Węgierskie ekscesy? Czy słyszeliście o „siarach” jakie tu mają miejsce? Nie? Bo to nie ma znaczenia. Nikt o sobie nic nie wie, nikt się niczym nie przejmuje, nikt nie żyje niczym w szerszym kontekście, a nawet w wąskim. Czy Kraków wie co piszczy w Warszawie? Czy Wrocław zna Poznań? Czy Trójmiasto interesuje się tym co dzieje się na Śląsku?
Czy nie jest najważniejsze to co wydarza się w poszczególnym życiu? Czy sama w sobie twórczość nie jest istotą życia? Czy indywidualny los może być zachwiany przez otoczenie?

Może…

Dlatego namalowałam ten obraz, żeby wyrazić moje własne doświadczenia, moje wątpliwości, rozterki, to uczucie kiedy stoję z tymi obrazami i bardzo chciałabym być zrozumiana czy też zaakceptowana, dostrzeżona, a nie zawsze jestem bo tak to już w życiu twórcy jest. Każdy z nas to doświadcza, najprawdopodobniej nie tylko artysta, ale każdy kto pracuje nad czymś z pasją, oddaniem, z uporem i przekonaniem, że to jest właściwe.

W Budapeszcie na razie jestem sama z moim malarstwem, nie weszłam jeszcze za głęboko w tutejszy świat artystyczny i coś mnie trzyma za rękę, żeby tego nie robić. Sytuacja jest dla mnie bardzo komfortowa, nie zajmują mnie za bardzo sprawy polskiego rynku sztuki, ani nie wiem nic o węgierskim. Jestem bezpieczna w pracowni, mam wolną głowę do malowania. Koncentruję się na własnej pracy i własnym rozwoju z dystansu, bez frustracji i zbędnych bodźców. Być może to taki moment, przed trzydziestką, kiedy malarz już opanował sytuację, ma stale współpracujące galerie, realizuje kolejne wystawy, ma oparcie w pozytywnym odbiorze i w kompetentnych galernikach, dzięki czemu utrzymuje się z malarstwa, lub jest to po prostu fizyczny dystans, który pomaga automatycznie zdystansować się psychicznie.

Obraz „W Galerii” jest dedykowany wszystkim malarzom oraz innym osobom które czasami znajdują się w takiej sytuacji, również galernikom którzy bezpośrednio spotykają się z odbiorcami sztuki oraz studentom kierunków artystycznych którzy już na studiach są przygotowywani do przyjmowania dobrych rad z którymi nie ma sposobu żeby się zgodzić.

Siadam na ławce pod platanem, wsłuchuję się w melodykę ugrofińskiego zaśpiewu, czytam dobrą książkę, obserwuję z ciekawością ludzi, zbieram inspiracje oraz siły do dalszej pracy nad obrazem.

sobota, 8 marca 2014

Przed wystawą

22 marca we Wrocławiu w Galerii Platon odbędzie się wernisaż wystawy mojego malarstwa. Wystawa pod tytułem „W drodze” potrwa do 26 kwietnia.

Katarzyna Karpowicz w drodze do Galerii Platon

Przed każdą moją wystawą, zwykle parę tygodni wcześniej zaczynam spisywać notatki które podsumowują zestaw obrazów wchodzących w skład ekspozycji.
Najciekawsze spostrzeżenia przychodzą w rozmowach lub w mailach, często ulatują z pamięci, znikają w tłoku korespondencji, spróbuję w tym poście napisać trochę dla siebie, trochę dla Was to co istotne „W drodze”.

Przede wszystkim chciałabym podkreślić, że każdy malarz idzie inną drogą, ma swój indywidualny system pracy, własne tempo i osobiste podejście do kwestii malarstwa.

To co napiszę dotyczy tylko mojego malarstwa, mojego podejścia do pracy i jest moją postawą, charakteryzuje mnie jako malarza na tym etapie na którym jestem obecnie.

Katarzyna Karpowicz z "Dużym portretem", 140x140, 2013


Od stycznia 2011 roku do kwietnia 2013 zrealizowałam 7 wystaw indywidualnych w Krakowie, Warszawie i w Gdyni.

Za każdym razem pokazywałam zestaw 20-30 obrazów które łączył tytuł wystawy i fakt, że pokazywały pewien moment mojej malarskiej drogi.

Dla większości czytających może wydać się zabawne, że podsumowuję 3 lata pracy, że wspominam o jakiś etapach lub wypisuję o filozofii drogi.

Dla mnie też brzmi to zabawnie, piszę to z lekkim uśmiechem, z jednej strony całkiem na serio, a z drugiej strony z dystansem.

Tu dla usprawiedliwienia tych rozmyślań muszę dodać, że dla młodego malarza te kilka pierwszych lat to ciężka i długa tułaczka, pełna przygód, trudnych podejść i łagodnych pagórków. Przeprawa ciekawa i pouczająca, dla wytrwałych, upartych, niezłomnych. Osobiście uważam, chociaż brak mi dystansu, że od mojej pierwszej wystawy do teraz trochę się zmieniłam jako człowiek i jako malarz. Nie będę się tą zdobytą wiedzą dzieliła otwarcie, każdy malarz powinien mieć swoje tajemnice, ale jakby ktoś z Was chciał kiedyś osobiście pogadać (szczególnie koledzy po fachu) to chętnie wymieniłabym się spostrzeżeniami.

Piszę  przede wszystkim dlatego żeby opisać jak przygotowuję się do wystawy, czym jest dla mnie moment prezentacji własnego malarstwa i czemu tak dużo pracuję?

Katarzyna Karpowicz, przygotowania do wystawy w warszawskiej Galerii Elektor, kwiecień 2013

Jak przygotowuję się do wystawy:
Z zasady nie mam konceptu wystawy pod który maluję. Nie jestem w stanie nad sobą zapanować i do niczego się nie jestem w stanie zmusić. Nie brzmi to dobrze ani rozsądnie ale zapewniam, dla mnie ma to głębszy sens i wpisuje się to bardzo naturalnie w mój sposób prowadzenia obrazu.
Tak też wyglądał mój dyplom i wszystkie wystawy które zrealizowałam, tak będzie również na wystawie „W drodze”.

To co łączy obrazy które prezentuję to nie koncept, idea, myśl przewodnia, są całością bo ja je namalowałam na danym etapie swojego życia.

Moje podejście do malowania jest takie, że maluję to co mi się nagle zachce namalować. Mam oczywiście dużo pomysłów, które notuję, trochę szkiców z których chciałabym kiedyś coś namalować. Z czasem większość planów realizuję, ale pozostawiam sobie taką wolność, żeby móc w każdej chwili namalować to co nagle zaobserwuję, wymyślę, to co mi się przyśni, to co mnie nagle olśni.

Chyba widać to w moich obrazach, że pojawiają się w nich coraz to nowe tematy, w sposób całkiem niezamierzony, a związany z tym, że maluję w systemie dziecięcym czyli to co mam ochotę, to co mnie w danej chwili interesuje, bardzo  intuicyjnie, mało intelektualnie. Te tematy tworzą cykle, bo jeden obraz nie wystarczy mi, żeby wypróbować jakieś zagadnienie, jeśli ciągle mnie coś nurtuje muszę do tego wracać. To naturalne, wiem, wiem, ale piszę tu również dla ludzi nie związanych ze sztuką, bo to chyba ciekawe poznać malarza od strony ”roboczej”.

Katarzyna Karpowicz i "Duży portret"

Nie dałoby rady poprosić mnie o namalowanie wystawy o wspólnym temacie „Niedźwiedź” lub „Baseny” albo „Cyrk” bo te obrazy powstają na różnych etapach, z nagłej potrzeby namalowania tego właśnie problemu, może być, że do niektórych z prowadzonych cykli nie wrócę, nie mam na to wpływu.

Moje wystawy odsłaniają zwykle kilka cykli które przebiegle łączy niezobowiązujący tytuł.
W zagadkowy sposób każda z wystaw opowiada spójnym głosem, może dlatego, że bez konceptu mają swój niezamierzony porządek jakim jest improwizacja i poddanie się całkowicie i szczerze temu  którędy w danej chwili prowadzi mnie moje malarstwo.

Kilka tygodni przed wystawą Galeria zadaje pytanie o czym jest wystawa?
Wtedy nagle ląduję na wygodnej kozetce w mrocznym, ale przytulnym pokoju u wnikliwego psychoanalityka, który skrzętnie notuje to co mam do powiedzenia. Ja opowiadam szczerze, najczęściej pod wpływem głębokiej hipnozy, a po wybudzeniu stwierdzam, że psychoanalityk to Ja. Okazuje się, że wystawa ma głęboki, mocno zakorzeniony w moim życiu koncept, że to wszystko przez dzieciństwo, że otoczenie miało wpływ, że tak to przeżywam i to wszystko widać w obrazach. Że muszę się leczyć i że lekarstwem jest terapia poprzez sztukę.

Czym jest dla mnie moment prezentacji własnego malarstwa? To najważniejszy etap w którym ja poprzez obraz spotykam się z ty- odbiorcą. Bardzo ważne spotkanie. Stresujące, ale równocześnie pełne oddania, dobrych uczuć, ekshibicjonistyczne i intymne. 

Katarzyna Karpowicz "Przyśniło mi się" wystawa w Galerii Art, fot. Ewa Pfanhauser

Katarzyna Karpowicz "Przyśniło mi się" wystawa w Galerii Art, fot. Ewa Pfanhauser
Katarzyna Karpowicz "Przyśniło mi się" wystawa w Galerii Art, fot. Ewa Pfanhauser
Katarzyna Karpowicz "Przyśniło mi się" wystawa w Galerii Art, fot. Ewa Pfanhauser

Czemu tak dużo pracuję? To pytanie które najczęściej słyszę od kolegów : „Kasia ile ty obrazów namalowałaś?”, „Kasia ile ty obrazów malujesz miesięcznie?” itp. Bardzo lubię to pytanie bo się już do niego przyzwyczaiłam, słyszę je mniej więcej od 15 roku życia, to już taki rytuał który podtrzymuję w ten sposób:
Pytanie zostaje zadane, a ja nie udzielam odpowiedzi.

Głupio mi, że nie mam konkretnej odpowiedzi na to pytanie dlatego postanowiłam spróbować się do tego pytania przygotować, żeby następnym razem odpowiedzieć:

Każdy malarz ma swoje własne, indywidualne tempo pracy. Pracuję dużo, codziennie, nie śpieszę się, nie zauważam mijającego czasu, nie liczę dni, miesięcy, po roku spostrzegam, że szybko minął, ale nie podsumowuję, nie kalkuluję, nie jestem w stanie przewidzieć, nie interesuje się tym. Maluję intensywnie, ale często robię sobie przerwy, czasami nie maluję tygodniami. Moje obrazy zasilają Galerie, powiększają prywatne kolekcje, jestem w stanie co jakiś czas zaprezentować nową wystawę. Nauczona jestem koncentracji przy pracy, Ojciec mówił mi, żebym się nie guzdrała, ale równocześnie upominał, śpiesz się powoli, Matka nauczyła mnie jak ogarniać kilka rzeczy na raz i tak też robię jak mnie wychowali. Zawsze wolałam zostać w pracowni niż iść na piwo, jestem typem samotnika, nieustannie tęskniącego za towarzystwem ludzi. Samolubnie siedzę w pracowni wykorzystując każdą chwilę na pracę, równocześnie wykluczam siebie z towarzystwa stając się dzikusem. Całkiem sympatycznym dzikusem który z otwartymi ramionami przywita każdego kto chciałby z nim pobyć. Moje dziecięce i nastoletnie lata minęły w głównej mierze na wieczorach przy kartce papieru lub przy sztaludze, może jest to dziwne, ale tak żyję do dziś. Codziennie tłumaczę sobie świat na obraz. Mam intensywne wspomnienia z życia poza biurkiem, poza pracownią bo wtedy chłonę to co potem oddam w postaci obrazu. Maluję bardzo dużo od dawna.

przy sztaludze Mamy w dawnej pracowni Olgi Boznańskiej


środa, 12 lutego 2014

Pytanie o niedźwiedzia

"Skąd ten niedźwiedź na Pani obrazach?"

Pan zadał mi pytanie, miałam chęć odpisać, bo wydawało mi się, że wiem, ale zaczęłam się zastanawiać i myślę do tej pory, dlatego postanowiłam odpowiedzieć na to pytanie w sposób mniej oczywisty.

Poniżej zapis cytatów o moich obrazach z niedźwiedziem, kilka reprodukcji, parę własnych spostrzeżeń, a na końcu moja odpowiedź na powyższe Pana pytanie.

Profesor Dariusz Vasina recenzując mój dyplom na którym po raz pierwszy pokazały się namalowane olejno obrazy z niedźwiedziem napisał tak :

"Strażnik groźny dla naszych wrogów, który nas chroni i pilnuje dzień i noc, noc i dzień, w którego grubą sierść można by się wtulić i zasnąć bezpiecznie. Jego sen jest czujny, więc możemy przestać czuwać, możemy wreszcie odpocząć. Jego sen i nasz sen razem to wspólna tajemnica, wspólne odczuwanie. Lecz także zgoda na nieuchronne prawa natury tak często niezrozumiałe dla ludzi. Zwierzęcy strażnik to zarazem tajemnica jak i pewność czyjejś obecności. Tak jakby postacie ludzkie mówiły – “Wiem że teraz śpię, wiem że mogę spotykać cie tylko we śnie, ale wiem także ze na jawie cały czas jesteś przy mnie i mogę na ciebie liczyć. Nie rozumiem, nawet nie próbuje ale czuje i przeczuwam.” Zagadka dająca ukojenie. No właśnie, postacie ludzkie kruche, bezbronne dodatkowo przez swoje uśpienie. Ich subtelność podkreślona obecnością dzikiego zwierzęcia."

Katarzyna Karpowicz "Sen", 2010
150x120, olej/płótno

Małgorzata Czyńska w swoim eseju "Przyśniło mi się" towarzyszącym mojej wystawie w warszawskiej Galerii Art w grudniu 2011 roku napisała tak:


"Przyśniło mi się dzikie zwierzę. Znowu, wiesz? Brunatny niedźwiedź, taki pozornie nieporadny. Czuły opiekun kryje w sobie bestię. Przeznaczenie jest złudne, czasami pachnie strachem, chorobą, śmiercią, dla niepoznaki liże nam rękę jak wierny pies. Ma długi cień, ogromny. Cień, który jest schronieniem albo pułapką."


Katarzyna Karpowicz "Czarny niedźwiedź", 2009
100x170, olej/płótno

Poniżej moja odpowiedź w wywiadzie prowadzonym przez Małgorzatę Czyńską udzielonym przed moją wystawą "Przyśniło mi się" w Galerii Art:

"- Od lat obracasz się wokół kilku motywów, co jakiś czas dochodzi coś nowego. Twoje obrazy można podzielić na cykle: śpiące postacie ze zwierzętami, pływacy w basenach, torreadorzy, ostatnio – cyrk: akrobaci na arenie, sceny za kulisami. Skąd ta tematyka?

-Uwielbiam zwierzęta, są piękne i fascynujące, to chyba taka pierwotna fascynacja człowieka, który ma szacunek dla drapieżników. Czasami śnią mi się niedźwiedzie i wielkie koty – są łagodne, ale nie mam do końca pewności, czy mnie nie zaatakują. Ciekawe, co na to Jung. Może chodzi o strach, który próbuję ujarzmić, obawę przed końcem, który dla każdego nadejdzie – śmiercią. Zwierzę jest niebezpieczne, ale łagodne. Gdy śpi, człowiek się nie boi, jest jakby pogodzony i z ufnością wtulony w coś, co może się okazać bolesne. Żyjemy ze świadomością swojej śmiertelności, nie wiemy, co nas czeka. Mamy swoje „cienie”, które za nami idą, zmartwienia, kłopoty, które próbujemy koić, bo takie jest życie. Piękne zmaganie się z własnymi słabościami – to bardzo mnie interesuje."

Katarzyna Karpowicz "Sen zimowy", 2010
100x81, olej/płótno

Tomasz Jastrun w eseju "Zamyślenie" poświęconym mojemu malarstwu napisał tak :

"Skoro jest śmierć, musi być życie. Cień przemijania jest wszędzie, lecz to nie powód do lęku. Można śmierć obłaskawić jak niedźwiedzia. Zwierzęta we śnie dopełniają śpiącego i nie wydają się drapieżne, już raczej tajemnicze."


Katarzyna Karpowicz "Sen zimowy V", 2011
100x120, olej/płótno

Rafał Borcz który w swoim malarstwie porusza tematykę zwierzęcą jak zobaczył moje obrazy z niedźwiedziami polecił mi ciekawy dokument Wermera Herzoga "Grizzli Man"Grizzly Man- Werner Herzog


Katarzyna Karpowicz "Niebieska wstążka", 30x30, olej/płótno 2009

Katarzyna Karpowicz "Biały baribal", 2011
100x70, olej/płótno

Katarzyna Karpowicz "Autoportret z niedźwiedziem", 2013
50x40, olej/płótno

Katarzyna Karpowicz "Polowanie", 2013
130x240, dyptyk, olej/płótno

Katarzyna Karpowicz " Odwiedziny II" 81x60 , olej/płótno, 2014

Powyższe cytaty mogę uzupełnić stwierdzeniem, że w moim malarstwie interesuje mnie kontynuacja pewnych cykli które polegają na malowaniu motywów poprzez które mogę coś opowiedzieć, malując kolejne obrazy przepracowuję zagadnienie, poszukuję, tłumaczę. Snuję historię która rozgrywa się na przestrzeni lat, rozwija się i zmienia wraz ze mną, być może w końcu zniknie. Zanim jednak się skończy, póki co trwa nadal, dochodzę do wniosku, że jest nadzwyczaj ciekawa dla mnie samej. Ostatnio często sobie powtarzam, że praca nad obrazem musi być dla mnie przede wszystkim zastanawiająca.

"Skąd ten niedźwiedź na Pani obrazach?"

"nie wiem do końca, dlatego wciąż go maluję."






niedziela, 2 lutego 2014

Banalność zła.

Opowiada mi o Hannah Arendt i mówi, to zdanie, że „zło jest banalne”.

 Moja Mama podczas ostatniej rozmowy przez Skypa.

„Zło jest banalne” jest w mojej głowie od tamtego momentu. Od dłuższego czasu prowadzę obraz „Spacer nad morze” i słowa „zło jest banalne” towarzyszą mi przy pracy.

Jak maluję czasami krążą mi po głowie pewne zwroty które niezależnie od mojej woli przychodzą ponownie, tak jak melodie, trwają w pamięci, wyrwane z kontekstu. 

Obraz już skończony.
Syntetyczny i prosty, czysty w kompozycji i w kolorze, dyptyk o wymiarach 116x 162 jest poświęcony mojej Mamie.

Skąd potrzeba malowania obrazów z cyklu „ulice”?

Planowałam przecież coś innego, dużo wcześniej, miałam malować to albo tamto, tamto przecież było takim świetny tematem który zawsze chciałam zrealizować, nawet zaczęłam kilka obrazów, kiedy nagle przywędrowały nieśmiesznym spacerem te „ulice”. 

Wyobrażam sobie siebie na niewygodnym krześle ustawionym pomiędzy innymi krzesłami w okrąg. Gdzieś w koncie nieprzytulnej sali wynajętej po godzinach w ponurej podstawówce stoi taca z herbatnikami i plastykowe kubeczki na kawę lub herbatę. Idealne miejsce na spotkanie grupy „anonimowych artystów”.

Teraz moja kolej:

- Cześć, nazywam się Kasia. Nie jestem w stanie zapanować nad obrazami które do mnie przychodzą. Muszę malować zawsze to co chcą obrazy. Staram się walczyć z nimi o swoje, ale na koniec okazuje się, że to obrazy decydują, nie ja. 

A może obrazy to ja, takie głębsze ja którego obecności sobie nie uświadamiam, to mądrzejsze, rozsądniejsze, niezależne ja które wie swoje, a ja malarz jest tym powierzchownym ja któremu czasami wydaje się, że coś wie. Próba dyskusji słabszego z silniejszym okazuje się bezsensowna. Rezultaty widać od razu, kiedy ja malarz próbuje malować to co sobie pierwotnie wymyślił, ja obraz mu to zniechęca. Podczas gdy maluje się wyjątkowo nudno i bez cienia emocji, chwila nieuwagi, ja obraz- rach ciach, zamalowuje obraz, równocześnie z impetem malując to co chce, co ciekawe, co nagle wywołuje emocje i chęć działania w ja- malarzu.

Nie mam wyboru, muszę słuchać się obrazu, choć jest to nieustanna walka, próba sił.

Katarzyna Karpowicz, "Spacer nad morze", dyptyk, olej/płótno, 116x162, 2014


Miałam malować coś innego, ale namalowałam cykl obrazów z ulicami, jeden z nich poświęciłam mojej Mamie, która jest daleko, a zarazem niezmiennie, całe życie bardzo blisko, obok mnie.

Moja Mama Anna Karpowicz-Westner jest malarką, jedną z najbardziej pracowitych osób jakie znam, mądra, wytrwała i silna zawsze chodzi szybkim, energicznym krokiem, wskakuje na rower i zasuwa do roboty- czyli do pracowni.

Z wielkim sentymentem wspominam, jak w dzieciństwie idąc z Mamą za rękę podążałam przy niej truchtem bądź cwałem, w podskokach, żeby nadążyć. Na basen, na angielski, na gimnastykę, do szkoły i z powrotem. Najcudowniej- na koncerty, wernisaże, wystawy, na łąki w Szczebrzeszynie i nad rzekę.  Niezmiennie w zadziwiający sposób Mama holowała mnie prosto w stronę jaśniejszą, bo w niej jest dobro. 

„Zło jest banalne”

 Zdjęcie ze spaceru nad morze- Korsyka 1990 rok.

foto. Sławomir Karpowicz


środa, 22 stycznia 2014

światło i cień

Zmywanie czerni.

Zwracam uwagę na chodnik po którym idę : krzywe płyty, niektóre się chwieją, rytm linii, zaburzony przez pęknięcia, resztki zmiecionego przed chwilą węgla, chrzęszczą pod podeszwą, piasek przysłania zamarznięte pasma ślizgawek  stworzonych przez kapiące sople z wysokich dachów kamienic.

W powietrzu dym z krakowskich kominów, zapach zimy w mieście i dym papierosów Marlboro.
 
Godzinę wcześniej: spadł śnieg, wielkimi płatkami, przyprószył szarość miasta. Muzyka z ”Dziadka do Orzechów” Czajkowskiego, biały widok zza okna oraz wizja spaceru który właśnie został mi zaproponowany wzbudziły we mnie chęć ciągnięcia sanek. Pomysł żebym to ja była ciągnięta na tych sankach był zawstydzający, ale pragnienie użycia sanek jako rekwizytu niezbędnego przy tym spacerze było silne, udało mi się to przeforsować.

Idę przez ulice Krakowa ciągnąc sanki po brudnych płytach chodnika, im bliżej centrum, tym mniej śniegu, właściwie całkiem zniknął, płozy harują po asfalcie, nieprzyjemny odgłos, marzenie o tym, że jestem holowana na sankach aż do samego celu realizuję z uporem jak tylko widzę warstwę śniegu.

Tato mówił mi wcześniej, że po drodze do pracowni nie ma ani jednej górki do zjeżdżania, że śniegu nie ma za dużo, ale sanek mi nie odmawia. Zwracam uwagę na jego buty, podeszwy mu lepiej trzeszczą, wchodzę specjalnie w piasek, żeby też tak trzeszczeć.

-Pierwszy raz jestem w Twojej pracowni.
-Nigdy wcześniej nie byłaś? Może nie pamiętasz, może rzeczywiście jesteś pierwszy raz…Brudno tu jest, niczego nie dotykaj, muszę sprawdzić kaloryfery, poczekaj chwileczkę, Kasiu.

Zwracam uwagę na podłogę, znowu przypatruję się detalom, zakurzone linoleum, pokryte petami papierosów, wielki bałagan, wszędzie. W kranie zimna woda, nalewam wodę do miski, płyn do mycia i zmywam mopem podłogę. Ojciec majstruje przy kaloryferach. Ja sprzątam, potajemnie, robię niespodziankę, prezent dla Taty, porządek w Jego pracowni. Nie chodzę jeszcze do podstawówki.

- Co robisz Kasiu? Nie rób nic, brudno jest, ubrudzisz się.
- Myję podłogę, żebyś miał czysto i mógł przejść.

Podłoga jest dosłownie czarna od sadzy, słoiki z terpentyną, narzędzia, szmaty, bałagan piętrzących się rekwizytów do martwych natur. Wszystko zmiatam miotłą na boki, zmywam kilkakrotnie.

Od wejścia do pracowni, poprzez kuchnię, aż do miejsca w którym stoi sztaluga wymywam wąską ścieżkę. Absurdalny pomysł małego dziecka, pozbawiony sensu i logiki. Czysta ścieżka dla Taty, wymyta w brudnej podłodze.

Linia światła wyrysowana w czerni podłoża.

Katarzyna Karpowicz, foto. Joanna Karpowicz 1991


Światło i cień.

Cień i światło tworzą zamkniętą całość, muzyka flamenco, gra Paco de Lucia. Tancerz flamenco ruchem opowiada historię, jego gesty nie mają przypisanych znaczeń, są improwizacją, podkreślają stan emocjonalny, znaczenie słów, charakter melodii.

Pędzel zanurzony w farbie, zdecydowanym gestem wydobywa, wyostrza, wyrysowuje, odcina niczym skalpel precyzyjne kształty  które w zadziwiający sposób stają się albo tak realne, że aż ciężkie, soczyste, zimne lub gorące, albo tak ulotne, że zatracają się w nieskończonej, niepoznanej, tajemnej przestrzeni. Martwe natury Sławomira Karpowicza,  rytm wybijany przez tancerza i śpiewaka flamenco, rozpoczyna się opowieść która tworzy całość. Za krawędzią ciemności jest światło.

Cień nie przysłania radości życia, wyostrza jedynie światło, nadaje mu sens. Malarstwo Sławomira Karpowicza to flamenco. Utwór mocny, wyrazisty, przesycony radością życia, światłem, emocjonalny, wstrząsający prawdą o istnieniu i nieistnieniu, zanurzony w cieniu, zatopiony w nieskończonej otchłani.

 Paco de Lucia, Manolo Sanlucar: "Sevillana a Dos Guitarras"



Sławomir Karpowicz "Martwa natura na okrągłym stole"


Zaćmienie słońca

Oglądamy ostatnie całkowite zaćmienie słońca XX wieku, jest 11 sierpnia 1999 rok, w Polsce widoczne było jako bardzo głębokie zaćmienie częściowe, stoimy z Tatą w ogródku przed domem w Szczebrzeszynie, są wakacje. Mamy specjalne szkła spawalnicze przez które oglądamy słońce.

Wrażenie końca świata, cień na słońcu, ja z Tatą w ogrodzie, przeczucie wyjątkowości, że bardziej to, że razem ja i Tata, niż, że zaćmienie ostatnie takie. Ostatnie takie razem, ostatnie razem.

Namalowane. Częściowe zaćmienie słońca trwa nadal, przedłużone w nieskończoność dzięki Ojcu.

Martwa natura ułożona w wyobraźni, z przedmiotów które emanują własnym światłem, na horyzoncie skłębiona jasność zgaszonego dnia. Zagadkowa dla mnie linia która łączy przedmioty, okalając je, drgając jak sejsmograf to być może symbolicznie zaznaczony materiał, albo intuicyjna potrzeba zamknięcia kompozycji linią. W ten sposób przedmioty wpisanie są w zbiór, tajemną kolekcję z dnia w którym nastąpiło zaćmienie słońca.

Jakby zasłonić słońce, pogrążyć świat w mroku, okazałoby się, że wszystko posiada własny blask i emanuje osobistą barwą, tak wnioskuję z materii obrazów Sławomira Karpowicza.



Sławomir Karpowicz "Częściowe Zaćmienie Słońca"

Pawana na śmierć

Teraz napiszę o Śmierci. Ten temat może irytować, niepokoić, wzbudzać zniecierpliwienie i złość, niby niepotrzebny, nietaktowny, wzbudzający wystudiowaną obojętność aspekt nie podlegający dyskusjom przy stole. Śmierć ignorowana, odrzucana, wymazywana ze świadomości bo do niektórych, jak mniemam, nigdy nie przychodzi przed czasem. Odwrócenie głowy, parsknięcie śmiechem, zażenowanie to częsta reakcja ludzi którzy ze śmiercią nie chcą mieć nic wspólnego. Problem pojawia się w momencie w którym to śmierć chce mieć coś wspólnego z życiem. Doszłam do wniosku, że śmierć jest ostateczną wolnością, ulgą nieistnienia, nieuniknionym punktem na linii (bez punktu początku i końca).

Przeglądam się w lusterku, robię makijaż, podkład, puder, podkreślam oczy, nakładam róż, tuszuję rzęsy, maluję usta.

Młodość, czemu mi nigdy nie przyniosła zapomnienia, beztroski, poczucia nieśmiertelności? Zaraz mnie nie będzie, cóż to jest te kilkadziesiąt lat, moje ciało jest tylko transportem do stacji końcowej. Cieszę się życiem, lubię to miejsce i ten etap, ale często przypomina mi się, że mojego życia kiedyś nie będzie. Trzeba mieć pokorę którą wywołuje świadomość , że taki ogrom istnienia i nieistnienia trwa od dawna przede mną i będzie trwać  długo po mnie.

W pracowni stoją rozstawione martwe natury Taty, „Pawana na śmierć” czytam na odwrocie jednej z nich- na paterze ryba, lilia, jajo, rok 1999, czy to przeczucie choroby rozpoznanej dwa lata później?

Symbolika wstrząsająca, zachęcam do przyglądnięcia się tej martwej i zastanowienia się osobiście nad znaczeniem każdego z przedmiotów, nad kolorem i kompozycją, format obrazu też jest znaczący.

Napiszę tylko, że ja widzę w tym obrazie prawdę o życiu i śmierci, bardzo prostą i wymowną.
Na koniec przychodzi mi na myśl trwanie gestu malarza w nieskończoność, w obrazach na które się patrzy.

Oglądajcie obrazy Sławomira Karpowicza na wystawie z cyklu „Mistrzowie Martwej Natury” w Pałacu Sztuki w Krakowie, przedłużycie Jego malarskie istnienie.
Wystawa potrwa od 3 lutego do 2 marca. 



Sławomir Karpowicz, "Pawana na śmierć"

sobota, 28 grudnia 2013

List do Malarza

Cześć,

Piszę do Ciebie w pewnej sprawie, która niepokoi mnie od dawna. Wiesz, że dobrze znam Twoje malarstwo i podziwiam to co namalowałeś, jestem pod wielkim wrażeniem  jak mocno oddziałują na mnie Twoje obrazy.

Napisz mi proszę, z skąd w Tobie ta pewność przy decyzji, co do kreski, kształtu, koloru, światła i cienia?

Kiedyś widziałam jak malujesz, bez chwili zwątpienia, zdecydowany, śmiało wyznaczałeś kierunki, precyzyjny w kresce, przemalowywałeś, zmieniałeś, zamalowywałeś, odkrywałeś, czyli szukałeś, ale te poszukiwania były równie pewne i skonkretyzowane. Twój sposób pracy zdawał mi się krótkim ale intensywnym i odważnym, w pełni świadomym procesem poszukiwania prowadzącym do zamknięcia obrazu.

Zastanawiałam się długo, czy nie napisać do Ciebie w tej sprawie, nie chcę Ci zawracać głowy własnymi malarskimi wątpliwościami ale sama w sobie nieodparta chęć napisania do Ciebie nie mogła mnie powstrzymać.

Jak byłam młodsza w malarstwie było mi łatwiej. Wszystko malowałam intuicyjnie zachwycona samym w sobie malowaniem. Energicznym gestem zamalowywałam kolejne płótna ze śmiałością dziecka. Nigdy nie byłam nieśmiała w malarstwie, teraz też nie jestem, ale zaczęłam trochę się wahać i więcej się zastanawiać. Brakuje mi tego mocnego gestu, stałam się bardziej delikatna i wrażliwa. Może to nie jest złe, ale zazdroszczę Ci tej mocy w Twoich obrazach. Twoje światło i cień są wstrząsające. Twoje obrazy są dla mnie dowodem na to, że niektórzy ludzie mają dar i bezbłędnie go wykorzystują.

Jak to zrobić?
Skąd brać tą pewność nieomylności?
A może Ty takiej nie miałeś?
Może też przy tych pracach które ja podziwiam Ty wątpiłeś?

Trudno mi w to uwierzyć.

Jestem na Ciebie trochę zła, że wciąż nie możemy się spotkać i o Tym normalnie pogadać. Rozmawiam  o sprawach dotyczących malarstwa z tymi malarzami z którymi mi po drodze. Mam kilku takich których podziwiam i czasem mi mądrze poradzą. Prawie nigdy nie stosuję się do ich sugestii, ale są dla mnie niezwykle cenne. Strasznie jestem ciekawa Twojego zdania.

Pozostało mi chyba tylko poszukać tej odpowiedzi w Twoich obrazach. Czasem mam taką myśl, zupełnie bezczelną, że Twoja odpowiedź jest we mnie, że przecież w połowie jestem Tobą więc powinnam jakoś tej odpowiedzi się domyśleć.

Tato, pierwszy raz piszę do Ciebie list, wcześniej nie miałam okazji. Jeśli masz taką możliwość, zaglądnij czasem co namalowałam, tymczasem ja popatrzę na Twoje obrazy, mam nadzieję, że porozmawiamy o tym później.


do zobaczenia,

K

Katarzyna Karpowicz z obrazem Sławomira Karpowicza "Lekcja anatomii".

niedziela, 15 grudnia 2013

Portret Katarzyny


Moje spacery po Budapeszcie zupełnie nieturystyczne, bez przewodnika i mapy to takie wyprawy po wrażenia w poszukiwaniu obrazów.

Katarzyna Karpowicz, "Spacer po Budapeszcie", 100x70, olej/płótno, 2013

Zauważam wtedy więcej nie wiedząc czego się spodziewać, nie oceniam przez pryzmat historii zapisanej w trzech zdaniach pod jaskrawym zdjęciem w przewodniku, mogę samodzielnie obserwować, domyślać się.  Nie muszę tkwić w niewiedzy, tajemnica czegoś interesującego może być rozwiązana potem, przy herbacie, w domu. Spacery nigdy mnie nie interesowały bo w swojej idei są bez celu. W Krakowie miałam spacer z mieszkania do pracowni w trakcie którego zwykle coś wymyśliłam, coś zauważyłam, kogoś spotkałam, a celem było w końcu dojść do miejsca pracy, czy też w moim wypadku dojechać na rowerze. Teraz moja pracownia znajduje się w miejscu w którym mieszkam, dlatego spacery nabrały dla mnie większego sensu i zaczęłam się przekonywać do tych wyjść bez planu i celu. 

fot.goskaw.

Jak się mieszka tak blisko przy pracowni można praktycznie nigdzie nie wychodzić, ale wtedy nie ma oddechu, dystansu, tkwi się wraz ze swoimi sprawami w jednym miejscu, to oczywiste. Chodzę więc po ulicach Budapesztu niezupełnie bez celu, wtedy odkrywam inne światło, kolory, struktury, przyglądam się ludziom, zauważam interesujące sceny które można byłoby namalować, poza tym odnajduję dużo w sobie samej, mam czas, żeby się zastanowić.

fot.goskaw.
fot.goskaw.
 
 Mogłabym pisać jak jest pięknie, na tych spacerach, ale to pojęcie jest różnie rozumiane. Dla mnie piękno jest gdzieś pomiędzy zachwycającym witrażem w secesyjnej bramie potężnej budapesztańskiej kamienicy, a biedną, zaniedbaną chatką przy opuszczonej ulicy. Podoba mi się Pan w eleganckim płaszczu, kapeluszu, wyprowadzający czwórkę chartów na spacer i podoba mi się bezdomny który czyta kolejną książkę z kolekcji którą trzyma w foliowej reklamówce. Podobają mi się Romowie tak samo jak każdy inny mieszkaniec Budapesztu. W podziemnych przejściach są brzydko ubrane prostytutki, w niebezpiecznych dzielnicach Panowie w kapturach ubierają swoje małe pieski w pieskowe bluzy z kapturem, bogaci bywalcy czekają na imprezę związaną z promocją drogich zegarków drepcząc z zimna na czerwonym dywanie, smukli, wysportowani kurierzy wspinają się na rowerach pod górkę Budy. Wszystko to mogłabym skwitować słowem „piękno”, nie każdy się ze mną zgodzi, że w biedzie i brzydocie, w prozie życia, zwykłej codzienności, tak samo jak w dobrobycie, dostatku i całej śliczności bobasa może być to samo „piękno”- oczywiście o innym zabarwieniu, ale równie ważne i interesujące. 

fot.goskaw.

Takie tam spacery na nogach lub rowerze, kilku godzinne, zabierające cały dzień pracy ale dostarczające nowej energii, pomysłów i mocy do roboty na następny dzień. Są jeszcze inne spacery które wymyśliłam niedawno, ale o tym napiszę w innym poście.
Zwykle spaceruję sama, ale niektóre wypady odbywam wspólnie z osobą która wylądowała w Budapeszcie jakiś spory kawał czasu przede mną. Tak samo jak ja, lubi bez planu gdzieś podążyć, ale jest w tym o wiele bardziej odważna i konkretna niż ja, zna miasto, ale nadal każdy detal ją ciekawi. Spacer z nią to łażenie po cudzych podwórkach, wchodzenie  przez przypadkiem niedomknięte bramy na klatki schodowe, odwiedzanie dziwnych antykwariatów z zabawkami z naszego dzieciństwa. Prowadzi mnie w miejsca które odkryła już wcześniej, są zwykle wyjątkowe.

fot.goskaw.
fot.goskaw.
 Obecnie dba o cygańskie dzieci pomagając rozwijać ich artystyczne możliwości, ma plan na ciekawy projekt video dokumentujące moment w którym młodziutkie romskie dzieci przygotowują się do czegoś ważnego. Jest zawodowo związana z produkcją filmową w której jak zauważyłam świetnie się czuje i tak też się realizuje. Nie rozstaje się jednak z aparatem który służy jej jak notatnik, szkicownik, może pamiętnik.

fot.goskaw.
fot.goskaw.
Ostatnio zawędrowałyśmy do niebezpiecznej dzielnicy, w rejony azjatyckiego targu, po zmroku, w godzinach w których wrzało jak w mrowisku, tani towar ciągnięty na wózkach, wożony na motorikszach, wielkie hangary wykorzystane na zaplecze targowiska lub na prowizoryczne supermarkety, Małgosia miała wielką ochotę to udokumentować, ale przytomnie stwierdziła, że wróci tu za dnia w obstawie. Przedstawiam Wam moją drogą współtowarzyszkę węgierskiej przygody: Małgorzata Wala:

 http://filmpolski.pl/fp/index.php/1152450


Wszystkie fotografie zamieszczone w tym poście są autorstwa Gośki. Jestem Jej niezmiernie wdzięczna za te spacery i zdjęcia z klimatem naszego Budapesztu.

fot.goskaw.

 
fot.goskaw.

fot.goskaw.